Po siódme - chwała poległym


Ciął, dźgał, kłuł na odlew, bez opamiętania, bez trwogi, byle do przodu, byle nie stać w miejscu. Piach zmieszał się z krwią, tworząc lepkie błoto, które przywierało mu do stóp odzianych w ciężkie buciory. Czasami miażdżył nimi ciała martwych przeciwników, gdy musiał iść na przód do kolejnego wyzywającego go wojownika. Ci tutaj mieli ich za duchy, krwiożercze demony przybywające z zaświatów by mordować i żywić się ciałami swoich ofiar, ale oni walczyli honorowo – pięciu przeciw całej armii. 

Kolejny towarzysz padł pod naporem przeważającej siły przeciwnika, otoczony ze wszystkich stron, ściśnięty na niewielkim obszarze, zadźgany ostrymi włóczniami. 
Łowca sparował cios spadający na jego głowę i odskoczył do tyłu. Komputer naramienny nie był najlepszą tarczą, a człowiek wymachujący żelazną kulą na łańcuchu prawie dorównywał mu siłą i wzrostem. Rudobrody osiłek odziany w śmierdzącą baranią skórę zamachnął się ponownie kiścieniem, wywinął nim młynka nad głową i cisnął w przeciwnika. Gwiezdny myśliwy odskoczył w bok i gdy ciężka, nabijana żelaznym ćwiekami broń opadła, doskoczył do brodacza i wbił mu podwójne ostrze w szyję tuż pod żuchwą. Człowiek zacharczał i opadł na kolana, krztusząc się własną krwią. Resztka niedobitków najeźdźczej armii wpław próbowała wrócić na drakkary, którymi dotarli tu z północnych krain. Łowca, stojąc obok umierającego, przyglądał się, jak próbują wdrapywać na statek. 
Dźwięki walki ucichły i tylko od czasu do czasu dało się słyszeć ciche pojękiwanie konających. Myśliwy rozejrzał się w poszukiwaniu tych, z którymi tu przybył. Ich zmasakrowane ciała spoczywały w miejscach, w których polegli. Łowcy mogli tygodniami tropić odpowiednią ofiarę, ale tym razem postanowili przyłączyć się do toczącej się już bitwy pomiędzy przedstawicielami tubylczej populacji a agresorami z drakkarów. Yautjańscy myśliwi nie walczyli po żadnej ze stron, dla nich liczyła się walka, i tylko ona. 
Łowca został sam, śmierć znowu go ominęła, zabierając wszystkich jego towarzyszy. 

– Chwała poległym – krzyknął, unosząc zaciśniętą pięść do góry. Czerwona i zielona krew, ściekając po jego ramieniu, mieszały się w jednolitą burą plamę. Bóg-łowca, wielki Paya, przyjmie do drużyny tych, co polegli w honorowej walce. Żaden z braci broni nie splamił się użyciem działka naramiennego, walczyli wręcz, jak tubylcy, stali się godni jego łask. 
Z tyłu, za wydmami, unosił się czarny dym, obwieszczając światu smutną nowinę o śmierci i zniszczeniu. Łowca uniósł lewe ramię, komputer był zniszczony, bez niego nie uruchomi kamuflażu i nie przywoła okrętu. Poszedł do najbliższych zwłok swojego kompana, wokół Yautjańczyka piętrzyły się ciała pokonanych. Łowca przyklęknął na jedno kolano – rana na udzie dała o sobie znać – położył dłoń na czole towarzysza. Ten dziś już będzie toczył kolejną bitwę przy boku Paya, chwała poległym. A on? Musi zatroszczyć się o doczesne powłoki towarzyszy, tak by najmniejszy ślad po nich nie został. Zdjął maskę z twarzy martwego wojownika, to samo uczynił z pozostałymi, ciała złożył w jednym miejscu, tak by stykały się głowami, a nogi wskazywały cztery kierunki tutejszego świata. Każdy z nich będzie walczył na innych jego rubieżach. 
Dwa, spośród czterech naramiennych komputerów, były uszkodzone. Łowca wziął jeden dobry dla siebie, a na drugim zamierzał uruchomić sekwencję samozniszczenia. Niezbyt odległy szloch przerwał jego działania. Yautjanczyk podniósł się z klęczek i rozejrzał po pobojowisku. Stłumiony dźwięki dochodził zza pobliskiej wydmy. Łowca ruszył w tamtym kierunku, mocując na przedramieniu nowy komputer, gdy porty połączyły się z cichym kliknięciem, nad ramieniem myśliwego pojawiło się działko. Piach pod stopami tłumił dźwięki jego kroków, ale utrudniał też poruszanie się. Za wydmą, tuląc się do siebie i wzajemnie zasłaniając sobie usta, siedziała grupka tubylców. Na ile dobrze Łowca znał ten gatunek, na tyle potrafił określić, że były to głównie dzieci w rożnych fazach rozwoju. Dzieci skierowały przerażone oczy wypełnione łzami na budzącego grozę obcego. 
A, tak, zapomniał włączyć kamuflaż, chociaż może to i dobrze. Rozłożył ręce, ryknął i udał, że atakuje. Dzieci z wrzaskiem rzuciły się do ucieczki, sypiać piachem spod słomianych łapci. Wojownik odczekał, aż plecy ostatniego znikną za kolejną wydmą, miał nadzieję, że szczeniaki nie wrócą tu, bo mogłoby się to źle dla nich skończyć, a on nigdy nie podniósł ręki na niewinną, bezbronną istotę. 

Ciała braci broni czekały na godny pochówek, wrócił do nich, maski umieścił w worku i przytroczył do pasa, były ciężkie, ale zamierzał zwrócić je rodzinom poległych. Uruchomił odliczanie, wybuch usunie wszelkie ślady walki, a to, co zostanie, jeszcze długo będzie zagadką dla tubylców. Runiczne znaki na wyświetlaczu poczęły mrugać niepokojąco, a ostry piskliwy dźwięk z każdym mrugnięciem przyśpieszał. Łowca podniósł się, odwrócił w stronę lądu i przystanął zaskoczony. W jego kierunku, powłócząc nogami, szło dziecko. Dźwięk z każdą odmierzana jednostką czasową narastał coraz bardziej, Myśliwy pobiegł po sypkim piachu, po drodze chwytając dziecko pod pachę. Biegł ścieżką wydeptaną przez ludzi, po stromej wydmie, byle dalej od epicentrum. Wybuch rozdarł powietrze, a gorący podmuch dopadł go, gdy był na szczycie niewielkiego wzniesienia. Właściciel użytego ładunku chyba nie planował ucieczki. Podmuch ściął  Yautjańczyka z nóg, zasypując go cienką warstwą białego piachu. 

Usłyszał najpierw szum, niejednostajny, raz mocniejszy a raz słabnący, zależny od podmuchów wywołującego go wiatru. Rozchylił powieki i ruchem dolnego kła przełączył tryb widzenia. Z wysiłkiem przewrócił się na płacy i szybko pożałował tej decyzji, gorąca fala uderzeniowa poparzyła nieosłoniętą skórę. 
Po niebie, pchane sztormowym szkwałem, pędziły ciemne, ciężkie od wody chmury. Nad nim kołysały się w takt wiatru giętkie gałęzie nadmorskich sosen. Predator usiadł, rozglądając się naokoło, ciało dziecka leżało w miejscu, w którym upadli, zdążyło już zsinieć – czyli długo był nieprzytomny. Prześwietlił zwłoki w poszukiwaniu urazu, który pozbawił chłopca życia, pęknięte kręgi szyjne wszystko wyjaśniły – spadając, Łowca przygniótł dziecko, niefortunny wypadek. Zostawił ciało tak, jak leżało, jego los był mu całkowicie obojętny. 
Zeszłej nocy, gdy jego kompani jeszcze żyli, a dola mieszkańców rybackiej wioski nie była przesądzona, Kosmiczni Łowcy dostrzegli statki płynące ku brzegowi. Część z nich oddzieliła się i popłynęła dalej wzdłuż brzegu na zachód. Predator podejrzewał, że niedługo dojdzie do kolejnej bitwy, ale on nie mógł wziąć w niej udziału, choć nad wszystko pragnął chwalebnej śmierci niosącej zaszczyty w tym świecie i udział w Wiecznych  Łowach w tamtym. 
Uruchomił kamuflaż, musiał opuścić nabrzeżny las i wezwać orbitujący statek, nie zabierał trofeów, nie po nie tu przybył, miał ich wystarczającą ilość, kilka więcej lub mniej nie robiło już różnicy, a skoro był jedynym ocalałym, to do jego obowiązku należało, zwrócić bio-hełmy rodzinom poległych. Nagle spostrzegł, że nie czuje ciężaru przytroczonego do pasa worka z maskami. Rozejrzał się wokoło, przesunął ciało chłopca, ale nie znalazł tego, czego szukał. Przez myśl nawet mu nie przeszło, by odlecieć, pozostawiając hełmy braci w rękach obcych. Musiał je odzyskać. 
Połączył się z komputerem statku i za jego pośrednictwem, uruchomił jedną z kamer w zaginionym bio-hełmie. W ułamku sekundy znalazł się wewnątrz worka, jakby to jego odcięta głowa znajdowała się w środku. Czuł kołysanie się worka i zapach padliny wydzielający się z tkaniny, dostrzegał przebijające się z zewnątrz światło i słyszał dochodzące dźwięki skrzypienia. Zmienił spektrum by dostrzec więcej, wisiał podwieszony pod wozem ciągniętym przez parę włochatych, parzystokopytnych zwierząt, obok kroczył człowiek, który co rusz poganiał batem zwierzęta. Minęli kamienny menhir, z którego posępnie spoglądała na nich twarz tutejszego bóstwa. Do człowieka podbiegło dziecko, wręczyło mu patyk i pobiegło dalej, nagle człowiek przewrócił się na twarz, z tyłu jego głowy sterczała strzała, rozległy się krzyki... 
Sygnał urwał się gwałtownie, Predator zdarł maskę z twarzy i głęboko wciągnął powietrze, choć wiedział, że nie będzie czuł się po nim najlepiej. Smród worka wciąż drażnił mu nozdrza, a wysoki poziom wirtualnej abstrakcji zakłócał percepcję. Odczekał chwilę, aż szok wywołany połączeniem minie. Znowu spróbował nawiązać łączność ze statkiem, ale bezskutecznie, okręt był już poza zasięgiem. Łowca przeskanował otoczenie, ślady nakładały się na siebie i wzajemnie się zacierały, ale jeden trop był wyraźniejszy od pozostałych. Predator podążył za nim do nabrzeżnego lasu, wąska ścieżka wiła się pomiędzy drzewami prowadząc w głąb lądu, w końcu dotarła do szerszego traktu na którym odznaczały się koleiny wozu. 
Łowca przewinął nagranie i znowu zatopił się w wirtualnej abstrakcji, tym razem uważniej przyjrzał się otoczeniu i cieniom kładącym się pod koła wozu. Wyłączył zapis i wybrał kierunek, w którym, w jego ocenie, podążali grabieżcy. Ruszył traktem niezbyt śpiesznie, z oddali usłyszał tętent, a chwilę później zza zakrętu wyłoniła się grupa konnych wojów. Minęli go w pełnym galopie, nawet nie dostrzegając, że przygląda się im istota nie z tego świata. Pewnie pędzili z odsieczą mieszkańcom napadniętej wioski. Predator – w przeciwieństwie do nich – wiedział, że nie ma już czego ratować. Ruszył dalej, tam skąd nadjechali ludzie, szedł, aż dotarł do rozstaju dróg, słońce zmieniło położenie i Łowca nie był już pewien, którą powinien podążać. Jego uwagę zwróciły drewniane słupy wbite na poboczu każdej z dróg, od podstawy ku górze pięły się po nich misternie wyrzeźbione węże, a szczyt wieńczyła twarz bożka. Trzy słupy i trzy twarze, w ocenie Łowcy wszystkie podobne do siebie. Znowu podłączył się do wirtualnego przekazu i zatrzymał obraz na menhirze, komputer wykonał porównanie, ale był zbyt dokładny i nie znalazł punktów wspólnych. Twarze wykonane ręką różnych ludzi różniły się od siebie. Predator postanowił użyć własnych zmysłów, na wizjerze pozostawił obraz z menhiru i podchodząc do każdego słupa, sam dokonał porównania. Pierwszą twarz od razu wyeliminował, ponieważ miała brodę jak rudowłosy osiłek, którego zabił na plaży, druga twarz była zbyt szczupła, chyba należała do żeńskiego bóstwa. Została ostatnia, może nie była zbyt podobna, ale nie miał już wyboru. Poszedł drogą, którą strzegł wężowy bożek. 

Pomordowani ludzie leżeli tak, jak ich pozostawili oprawcy. Człowiek ze strzałą w głowie spoczywał obok drugiego z odrąbaną nogą i roztrzaskaną czaszką, parę kroków dalej w kałuży własnej krwi spoczywał starzec z poderżniętym gardłem, a tuż obok niego naga kobieta z rozpłatanym brzuchem, w jej zastygłym spojrzeniu odbijały się granatowo-sine chmury. Dla przybysza z gwiazd ludzie byli gorsi od zwierząt, bo tylko one nie grzebały swoich zmarłych. 
Zawartość wozu zniknęła. Predator spojrzał na zegar, który odliczał czas do kolejnego połączenia ze statkiem, musiał jeszcze zaczekać. Rozejrzał się ponownie po terenie, nie dostrzegł więcej zwłok, a przecież wiedział, że z dorosłymi szły też dzieci. Tropy mieszały się ze sobą i prowadziły do lasu, stamtąd przyszli napastnicy i tam wrócili. Łowca wszedł między rzadko rosnące sosny, czuł że jest coraz bliżej odzyskania masek poległych i własnego honoru. 
Płonące w ciemnościach ogniska wskazywały miejsca, w których zgromadzili się ludzie, od morza wiał zimny, przejmujący wiatr, toteż mężczyźni, zarzuciwszy skóry i końskie derki na plecy, kulili się w pobliżu ognia. Kasztelan kazał im czekać na plaży, rozpalić jak najwięcej ognisk i udawać, że wojów jest więcej niż w rzeczywistości. Tak też zrobili, rozpalili tyle ognisk, ile się dało i czekali. Od strony morza wyglądało, jakby na plaży obóz rozbiła cała armia, a nie zaledwie jedna drużyna. Kasztelan liczył, że to wystarczy, by odstraszyć tych z północy, liczył, że zrezygnują i popłyną dalej, a wtedy to nie będzie już jego problem. 
Łowca przyczaił się na wydmie, płonące ogniska utrudniały mu dokładne oszacowanie ilości potencjalnych przeciwników. Kilkakrotnie zmieniał spektrum skanowania i w końcu doszedł do wniosku, że przy każdym ognisku znajduje się zaledwie jeden człowiek. Wprawny Wojownik mógł przejść po plaży i wyciąć ich w pień, jednego po drugim, ale to było zbyt proste, nie godne prawdziwego Łowcy. Trzeba było zebrać ich wszystkich do kupy. Wyprostował się i powoli zszedł, a raczej zsunął się ze szczytu wydmy, nie wyglądało to zbyt majestatycznie, ale Predator nie przejmował się tym, jak wygląda, kamuflaż skutecznie go osłaniał, a w panujących ciemnościach był nawet zbędny. Łowca podszedł do siedzącego przy ogniu człowieka. Nie krzywdź niewinnych – przemknęło mu przez myśl. Warknął głośno, człowiek poderwał się na nogi, zaciskając w dłoni długą włócznię i przyciskając ją do piersi jak najdroższy przedmiot. To nie była pozycja obronna. Predator zdzielił człowieka w pysk z otwartej dłoni. Mężczyzna rozdziawił usta i zdezorientowany rozglądał się dookoła. Łowca warknął jeszcze raz, człowiek zareagował wyciągnięciem włóczni przed siebie i mamrotaniem czegoś pod nosem. Zapewne prosił swoich bogów o pomoc. Nie doczekawszy się odpowiedniej interakcji ze strony człowieka, Predator wyłączył kamuflaż, to wystarczyło, by człowiek z wrzaskiem rzucił się do ucieczki, pozostawiając zaskoczonego Łowcę przy pustym ognisku. Nie taką reakcję chciał wywołać Myśliwy, ale widząc, że wokół zbiega zaczęła gromadzić się spora grupa wojów, uznał, że cel osiągnął. Nie wiedział co prawda, czy ci tutaj ukradli maski, ale po wszystkim sprawdzi to na pewno. 
Wtem na południowym nieboskłonie pojawiła się pomarańczowa łuna, ludzie zamiast ruszyć na spotkanie z nim, puścili się pędem w głąb lądu. Czyżby stało się coś, co sprawiło, że nawet perspektywa spotkania demona nie była na tyle kusząca, by tubylcy zostali na plaży? 
Predator ryknął wściekle, powodując jeszcze większy popłoch u ludzi i ruszył ich śladem. Grupa wojów pokonała przybrzeżną wydmę i dosiadła pozostawionych tam wierzchowców. Ruszyli galopem, nie zważając na panujące ciemności. Łowca wykonał szybkie skanowanie ludzi i ich zwierząt tuż przed odjazdem, żaden Ooman nie miał worka z maskami. Stojąc na szczycie wydmy przyglądał się znikającej między drzewami drużynie i zastanawiał się, gdzie poszli ci, których śledził? Pewne było, że tędy przechodzili, w końcu na brzeg morza doprowadziły Łowcę ludzkie tropy. Sprawdził czas, statek ponownie był w zasięgu. Myśliwy zlecił centralnemu komputerowi obniżenie pułapu na jakim orbitował okręt i nakazał zmapowanie terenu, nie chciał ponownie zagłębiać się w abstrakcji, postanowił skorzystać z tradycyjnego namierzania. Po chwili trójwymiarowa mapa pojawiała się nad holoprojektorem naramiennego komputera. Ci, których ścigał, znajdowali się całkiem blisko i zmierzali w kierunku niewielkiej zatoki. Predator postanowił pobiec plażą, wrócił na brzeg, gdzie wilgotny piasek nie zapadał się pod jego ciężarem i pobiegł przed siebie. Słona woda i zimny wiatr od morza chłodziły rozgrzane wysiłkiem ciało, mięśnie, posiadając wciąż spory zapas energii, pracowały bez oporu, rozpędzając Gwiezdnego Łowcę do prędkości nieosiągalnej dla mieszkańców tej planety. 
Trzy łodzie wyciągnięte na brzeg i przywiązane do kłody zatarasowały nagle drogę biegnącemu, Predator przeskoczył je jednym susem, sypiąc piachem po twarzy starego rybaka, który układał się wewnątrz do snu. Mężczyzna poderwał się gwałtownie i w świetle księżyca, który na chwilę wychynął zza chmur, dostrzegł wysoką postać, szybko oddalającą się na zachód. Jeszcze długo po tym wydarzeniu starzec opowiadał wszystkim, którzy chcieli go słuchać, że sam Nyja opuścił wodne głębiny, by wspomóc biednych rybaków w walce z okrutnymi Wikingami.     

Dwa z trzech drakkarów stały na kotwicy w niewielkiej zatoce, trzeci wychodził właśnie w morze i pokonywał kolejną z napływających fal. Predator zatrzymał się i włączył kamuflaż, chciał najpierw ocenić sytuację. Ludzi na brzegu było więcej, niż się spodziewał, wokół ognisk siedzieli uzbrojeni mężczyźni i głośno rozmawiali, niektórzy jedli, inni pili, podając sobie wzajemnie dzbany. Wyglądali groźnie, topory i miecze spoczywały obok siedzących, w każdej chwili gotowe do użycia. Łowca chodził pomiędzy ludźmi, wciąż pozostając w bezpiecznych ciemnościach. Pośród tej gromady musieli być ci, którzy ukradli maski poległych. Spomiędzy rozmów i śmiechów wrażliwe ucho Myśliwego wychwyciło stłumiony szloch. Predator podążył za dźwiękiem w ciemność, wprost do niewysokich krzewów. Tam zastał wciąż broniącą się kobietę i gwałciciela z opuszczonymi portkami. Jego goły tyłek świecił bielą na tle rozłożonych opalonych nóg kobiety. Dziewce udało się poderwać górną część ciała z ziemi i walnąć oprawcę czołem w nos, mężczyzna, nie wypuszczając przyrodzenia z prawej dłoni, uderzył kobietę lewą pięścią w twarz, łamiąc jej nos. Takie niegodne zachowanie nie spodobało się Łowcy. Złapał człowieka za kark i poderwał do góry, zaskoczony mężczyzna, czując, że traci grunt pod nogami, wierzgnął niczym królik pochwycony za uszy. Portki opadły mu do kostek, a chwilę później chrupnęły kręgi szyjne zmiażdżone silnym uściskiem. Dziewka zamiast być wdzięczna za ratunek, poczęła wydzierać się głośno. Kilka par oczu oderwało od hipnotyzującego blasku płomieni i skierowało się w stronę, skąd dobiegł krzyk. Nikt jednak nie był szczególnie zainteresowany losem gwałconej kobiety. Darła się? A cóż w tym dziwnego?
Łowca odrzucił zwłoki człowieka i dłonią zamknął kobiecie usta, wpatrywała się w niego z przerażeniem w oczach, które zmalało nieco, gdy wyłączył kamuflaż i przyłożył wyciągnięty wskazujący palec do maski, jakby chciał jej powiedzieć by była cicho. Potrząsnęła lekko głową na zgodę, przekrzywiony nos zakłócał symetryczne rysy jej twarzy. Predator puścił ją i odwrócił się w stronę płonących ognisk, dopiero teraz zwrócił uwagę na fakt, że pomiędzy obozującymi wojownikami w kilkuosobowych grupkach siedzieli powiązani ludzie, w większości dzieci i młode kobiety. 
Pękająca pod ludzką stopą gałązka zaalarmowała Łowcę, błyskawicznie odwrócił się i cisnął dyskiem w zakradającego się od tyłu człowieka. Dysk przeleciał kilka metrów, zawrócił i, wracając do swego właściciela, przeciął szczupłe ciało młodzieńca na pół.
– Spytko! Nieee! – krzyknęła dziewka, rzucając się konającemu bratu na pomoc. 
Tym razem wojownicy z północy pochwycili za miecze i topory. To, co przeraziło Laszkę, raczej nie było przyrodzeniem Uttara. 

Predator wyszedł na płaski teren, blask płonących ognisk tworzył jasne refleksy na wypolerowanej zbroi i podwójnych ostrzach, a ludzkie twarze odbijały się w gładkiej powierzchni maski. Zapadła niepokojąca cisza, przerywana tylko szlochem dziewki. Niektórzy z mężczyzn poczęli odrzucać broń i cofać się w stronę morza. 
– Co robicie, tchórze?! – krzyknął do nich jasnowłosy mężczyzna o przejmująco niebieskim spojrzeniu. – Ure, wracaj tu, ty świński pomiocie!
– Jeśli masz choć trochę oleju w głowie, Ragnarze – odkrzyknął tamten – też powinieneś wziąć nogi za pas. Ten diabeł zabije was wszystkich, tak jak zrobił to z drużyną Einara – dodał i odwróciwszy się, zamierzał pobiec do najbliższej łodzi, lecz po trzech krokach upadł z toporkiem Ragnara w potylicy.   
Łowca wydobył włócznię, ocenił ilość przeciwników, ich uzbrojenie i swoje potencjalne szanse w walce wręcz. 
– Oddajcie, co zabraliście – powiedział. Ludzka mowa sprawiała mu trudność, a na dodatek ci tutaj mówili w innym języku niż tubylcy.
Jasnowłosy mężczyzna bezwiednie powiódł spojrzeniem w kierunku morza, wzrok Predatora podążył za nim. Na horyzoncie widać było jeszcze odległe żagle odpływającego drakkara. Łowca domyślił się, że to na nim znajdują się maski braci broni. Ryknął wściekle, a nad jego ramieniem pojawiło się działko fotonowe. Pierwszy oberwał łucznik ze strzałą napiętą na cięciwie, jego głowa zniknęła w blasku wystrzału. Potem zginął niski gruby wojownik, który stał najbliżej Predatora i nie zdążył zareagować na błyskawiczny atak gwiezdnego przybysza. Jasnowłosy mężczyzna o niebieskich oczach zaklął siarczyście i pierwszy otrząsnął się z szoku po wystrzale działka. Popędził po piasku wprost na Łowcę, a gdy był już blisko opadł na kolana i ciął przeciwnika po udzie. Miecz z miękkiej stali odbił się od zbroi Myśliwego, nie czyniąc większej szkody. Człowiek przekoziołkował na – jak mu się wydawało – bezpieczną odległość i już wstawał, gdy grot yautjańskiej włóczni przeszył mu pierś na wylot. Śmierć przywódcy napełniła serca wojowników  odwagą pomieszaną z wściekłością. Ruszyli tłumnie pchając jeden drugiego. Predator cisnął włócznią w sam środek ludzkiego motłochu. Nie liczył, ilu zginęło, ale wiedział, że wkrótce umrą wszyscy, którzy mieli kontakt z zatrutym grotem. Odskoczył na bok przed opadającym z góry toporem i cisnął dyskiem w tłum, kilka głów spadło od razu. Ktoś zaszedł go od tyłu i dźgnął w plecy tuż nad pasem zapiętym na biodrach. Łowca odwrócił się, mierząc podwójnymi ostrzami w napastnika, jednak źle obliczył wysokość, broń przecięła powietrze tuż nad głową atakującej go dziewki. W dłoni kobiety umazany neonową krwią tkwił niewielki nożyk. Oomanie i ich wdzięczność, pomyślał Łowca, łapiąc dziewkę za ramię i ciskając jej ciałem w tłum napierających wojowników. Predator nie miał czasu zastanawiać się nad losem dziewczyny, której zwłoki deptały już stopy nordyckich najeźdźców, sam przypuścił atak. Wyrwał miecz jednemu z napastników i rozbił mu czaszkę własnym czołem osłoniętym bio-hełmem. Niósł zwłoki przed sobą używając ich jak tarczy i parł naprzód, tnąc i dźgając wszystkich, których miał w zasięgu, w końcu odrzucił ciało powalając nim mężczyznę, który zaszedł go z lewej i sięgnął po miecz. Ludzie widząc, jak liczne są straty po ich stronie stracili animusz i odsunęli się na bezpieczną odległość, otaczając Myśliwego zwartym kordonem. Znacznie od nich wyższy przybysz, miał też większy zasięg ramion, nikt nie chciał spotkać się z ociekającymi krwią podwójnymi ostrzami. Stali tak, przyglądając się sobie, Predator wiedział, że impas nie może trwać wiecznie. Nagle działko nad jego ramieniem odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i fotonowy pocisk poszybował w stronę sosny, na którą wspiął się kolejny łucznik. Ludzie wciąż mieli przewagę, nie było nikogo, kto chroniłby tyły Łowcy, nikogo, kto zadbałby o jego doczesne szczątki, nikogo, kto przeprowadziłby jego duszę na drugą stronę. 
Wirtualna abstrakcja wdarła się nagle w jego umysł z podwójną siłą, w jednej chwili znalazł się w ciemnym pomieszczeniu, rozświetlanym tylko wątłym blaskiem palącego się kaganka, gryzący dym i smród palonego wielorybiego tłuszczu wypełniał pomieszczenie, z sufitu zwieszały się drapowane, osmalone i tłuste tkaniny tworząc prowizoryczne przepierzenia, a na podłodze leżały porozrzucane w nieładzie wygarbowane skóry.  Między tkaninami zwisały zwierzęce i ludzkie czaszki, a na niewielkim stoliku ktoś rozrzucił drobne ptasie kości, ułożyły się w znak, który łudząco przypominał yautjański symbol oznaczający śmierć.
– Gdzie jesteś, wojowniku? – głos wydobywał się z zewnątrz i z niego jednocześnie. Predator poczuł delikatne muśnięcie na nieosłoniętej skórze brzucha, chciał spojrzeć w dół, ale nie mógł, chwilę później przejmujący ból wyrwał go na chwilę z abstrakcji.
Znowu był na plaży, otaczający go ludzie walczyli między sobą. Kujący ból powrócił, gdy stojący przed Łowcą człowiek ponownie naparł na trzymaną w rękach drewnianą włócznię, jej ostry koniec zagłębił się w ciało Myśliwego dokładnie w miejscu, w którym poczuł wirtualne muśnięcie. Predator złamał długie drzewce
 włóczni, wyszarpnął grot z własnego ciała i cisnął nim w człowieka, trafiając bezbłędnie w lewy oczodół. Pomiędzy nim a wciąż stojącym Oomanem przecwałował koń bez jeźdźca i popędził w ciemność. Predator zrozumiał, że ludzi na plaży jest znacznie więcej niż przed chwilą i że walczący należą do różnych stron konfliktu. Włączył kamuflaż i ruszył w kierunku morza, odległy żagiel niknął już prawie za horyzontem, wszedł do wody, była za zimna, a odległość zbyt duża by pokonać ją wpław.
Znowu znalazł się w abstrakcji, jakimś niezrozumiałym dla niego sposobem maska towarzysza wciąż nawiązywała z nim połączenie. Tym razem na wygarbowanych skórach ktoś ułożył obok siebie trzy z czterech bio-hełmów, jednego brakowało. Pomiędzy nimi stała misa pełna krwi, kolejna kropla skapnęła do środka naczynia, tworząc na powierzchni płynu specyficzne kręgi. Perspektywa nagle się zmieniła, nie spoglądał już na maski ułożone na podłodze, ale wpatrywał się w sufit skąd zwieszały się zwłoki mężczyzny, z poderżniętego gardła spływała krew.
– Wojowniku, wzywam cię, przybądź. 
Do zapachu palonego tłuszczu dołączył jeszcze słodkawy aromat ziół, w pomieszczeniu było ciepło, wręcz duszno. Łowca spoglądał na twarz człowieka z poderżniętym gardłem i wdychał upajający zapach, znowu poczuł dotyk na skórze piersi, brzucha i ud. Otrząsnął się i nawiązał połączenie z maską leżącą na podłodze, perspektywa znowu się zmieniła, ale wciąż przed kamerą znajdowało się wiszące pod sufitem ciało, kołysało się na prawo i lewo ochlapując krwią również maski.
– Wojowniku, po raz kolejny wzywam cię, przybądź na me rozkazy – chude ręce wyłoniły się z dymu, a kościste palce sięgnęły po maskę, z którą się połączył. Łowca poczuł, ze unosi się w górę, przechodzi przez dym i staje twarzą w twarz brakującym bio-hełmem. 
Połączenie zostało zerwane, Myśliwy opadł na kolana wprost do zimnej, morskiej wody. Właśnie dlatego nie lubił wirtualnej rzeczywistości wtłaczanej wprost do mózgu, bo była zbyt realna. Widzieć, to co widzą inni, to jedno, ale czuć to samo co oni, to już co innego. 
Sprawdził położenie statku na niskiej orbicie, tak jak przypuszczał kosmiczny pojazd był już poza zasięgiem, zapewne to sprawiło, że stracił połączenie. Musiał przeczekać, odpocząć i zregenerować siły. Zszedł z plaży, od morza wiał zimny nieprzyjemny wiatr i Łowca zaczynał już odczuwać skutki wychłodzenia, zwłaszcza teraz, gdy podniecenie wywołane walką ustało.
Ukrył się w zagłębieniu za nabrzeżną wydmą, z dala od zgiełków toczącej się walki. Z plecaka wydobył promiennik ciepła, uruchomił go i postawił obok siebie, powietrze wokół szybko się nagrzało. Teraz musiał się zając ranami, ta na plecach, zadana niewielkim nożykiem, nie stanowiła większego problemu, Predator spryskał ją opatrunkiem w sprayu, jego składniki odkażały, przyśpieszały gojenie i zasklepiały natychmiast ranę. Podobnie uczynił ze skaleczeniem na udzie, natomiast dziurę w boku potraktował kapsułką z medycznymi nanobotami, gdy rozpuszczalna powłoka uwolniła zamknięte wewnątrz maszyny, natychmiast ruszyły one do pracy, wywołując mrowienie w miejscu swoich działań. Łowca wydobył z plecaka płaszcz termiczny, owinął się nim, naciągnął kaptur na głowę, by zminimalizować utratę ciepła i zapadł w lekką drzemkę.
Obudził go ustawiony wcześniej alarm, kosmiczny statek znajdował się w zasięgu sygnału, wystarczyło się połączyć i wezwać go na miejsce. Nie czekał długo, okręt opadł na płaski teren plaży, zabrał swojego pasażera i odleciał na północ.

Jakiś czas później tan sam statek, o wyglądzie manty, obniżył swój lot na tyle, by Predator z pokładu drakkara mógł bez wysiłku wskoczyć do wnętrza przez otwarte wrota z tyłu. Jedno wielkie pomieszczenie zwężało się ku przodowi, w którym mieściła się sterownia. Po drodze do niego Predator minął kapsuły kriogeniczne, w których on i jego nieżyjący towarzysze przespali drogę z rodzinnej planety. 
Chwilę zajęło mu wprowadzenie współrzędnych drogi powrotnej, prześpi ją, nie myśląc o niczym. Obudzi się, gdy już będzie w układzie macierzystej planety. Powrót zawsze budził w nim pewien nieokreślony niepokój, mijały dziesiątki okrążeń planety wokół słońca, nim znowu mógł stanąć na rodzinnej ziemi. Nigdy nie był pewny tego, co zastanie po powrocie – wojna, epidemia, rewolucja naukowa lub kulturalna, wszystko mogło się zdarzyć. 

Statek ruszył, prędkość ucieczki wbiła Łowcę w fotel, poza strefą przyciągania ustabilizuje i systematycznie zacznie zwiększać moc silników aż do osiągnięcia prędkości podświetlanej, gdy to nastąpi, on będzie już od dawna pogrążony w hibernacyjnym śnie. Wskaźniki prędkości rosły, wszystko wyglądało dobrze, wiec Łowca opuścił fotel. Na podłodze, w miejscu, w którym go upuścił leżał worek, a w nim bio-hełmy poległych towarzyszy. Predator z czcią wydobył każdą maskę, ułożył je w kapsułkach należących do wojowników, duchy poległych zamieszkały w nich do czasu odprawienia rytuału odejścia. Had-sut'te już wielokrotnie brał w nim udział. Jako ten, który przeżył, miał obowiązek uczestniczyć w uroczystościach. Nad ostatnią maską stał dłużej niż nad pozostałymi, należała do jego przyjaciela, gdy opuszczali statek, Had-syt'te nie myślał, że to ich ostatnia wspólna walka. Za plątaniną rur i przewodów podłączonych do kapsuły, ustawiono stelaż na broń i trofea myśliwego, ale nie było na nim licznych zdobyczy z ostatniej walki. Tylko jedna, wciąż nie oczyszczona ludzka głowa spoczywała w słoju na stojaku należącym do Had-sut'te. Myśliwy spojrzał na nią z czcią i obawą, że  zaraz ożyje. Chude oblicze znaczyły liczne blizny po skaryfikacji oraz zmarszczki i tatuaże, zęby spiłowane na ostro szczerzyły się z popękanych ust, a zaszłe bielmem oczy przeszywały niewidzącym spojrzeniem. Chyba nigdy nie dowie się, jak wiedźma poznała ich starożytny język i kto nauczył ją posługiwać się ich sprzętem.

Ostatni raz sprawdził, czy prędkość wzrasta prawidłowo, a potem sam ułożył się w kapsule. Gdzieś tam, pośród gwiazd i układów planetarnych, czekała na niego jego chwała. 

    Na Ziemi wyludniony drakkar długo jeszcze unosił się po morzu Bałtyckim pchany sztormowymi szkwałami, przyciągał ku sobie ptactwo, ryby i ludzi, którzy się na niego czasem zapędzili, aż stał się legendą, mitem, postrachem wędrowców i żeglarzy.

Po szóste - oszczędź niewinnych

– Dziennik pokładowy Nefertiri. Godzina dwudziesta siedemnaście czasu statkowego. Trzy tysiące dziewięćdziesiąty dzień lotu. Mgławica Magellana. Mówi kapitan Pier Savage. Obudził mnie SI5, jak się okazało, o dwieście dni za wcześnie. Powodem była kolizja, której Nefertiri uległa podczas mijania pasa asteroid wokół P67. Podczas lotu system konserwacyjny sam uległ awarii, co spowodowało, niesprawność statku. Po zapoznaniu się z sytuacją nakazem wybudzenie załogi operacyjnej. Pierwszy mechanik zaraportował mi nieszczelność poszycia i utratę gazów atmosferycznych w trzydziestu procentach. Dodatkowo w przestrzeń ulotniła się ponad połowa z naszych zapasów wody. System podtrzymywania życia działa na rezerwie”.


– Dziennik pokładowy Nefertiri. Godzina pietnasta zero pięć czasu statkowego. Trzy tysiące dziewięćdziesiąty trzeci dzień lotu. Mówi pierwszy oficer Amed Kabir. Kapitan został odsunięty na mocy dziesiątego punktu regulaminu Gwiezdnej Floty. Na mocy tegoż samego punktu dowództwo nad okrętem przejął pierwszy oficer. Powodem degradacji i uwięzienia kapitana Savaga był jego stan psychiczny i decyzja o odłączeniu systemów podtrzymujących życie pięciu tysięcy przewożonych przez nas kolonizatorów. To... byłoby ludobójstwo. Nie mogłem do tego dopuścić”.



Trzy dni wcześniej.

SI5 były autonomicznymi jednostkami wspomagającymi pracę ludzi. Humanoidalny kształt i ludzka twarz ułatwiać miały ludziom współpracę i oswojenie się z maszynami, a możność zajrzenia do wnętrza przez przeźroczystą powłokę przypominać miała o tym, że to jednak nie są żywe istoty. SI5 poruszały się jak ludzie, mówiły jak ludzie, lecz nie czuły jak oni. Były maszynami różnicowymi i ich działaniem kierował komputer. Jeden z takich robotów, o numerze X102, nadawanie imion zbytnio by je uczłowieczało, manipulował coś właśnie przy panelu kontrolnym jednej z kapsuł kriogenicznych. Zainicjowawszy proces wybudzania, przeszedł w stan uśpienia. Pięć godzin później z uwagą przyglądał się znużonej twarzy człowieka, którego wybudził. 

Kapitan Sawage czuł się jak przemielony. Nienawidził procesu zasypiania i zamrażania, ale jeszcze bardziej nienawidził wybudzania. Po dziesięciu latach spędzonych w lodówce, potrzeba było sporo czasu, by dojść do siebie.
– Kapitanie, mamy sytuację awaryjną – powiedział X102. – Statek uległ kolizji. Zgodnie z obowiązującą procedurą zmuszony byłem pana obudzić.
– Jasne – burknął kapitan, trzęsąc się z zimna. – Przyniosłeś fajki? – zapytał, rozglądając się w poszukiwaniu swojego munduru. 
– Palenie szkodzi zdrowiu – odpowiedział beznamiętnie X102.
– Zamrażanie szkodzi mu znacznie bardziej – odparł kapitan, przyglądając się swemu przyrodzeniu. 
– Czy podać pańskie ubranie?
– Tak. I pomóż mi je założyć, bo jeszcze ręce mi się trzęsą.
Robot wykonał plecenie.
– Czy życzy pan sobie coś zjeść? - zapytał X102, uporawszy się z ubieraniem kapitana.
– Nie, nie jestem głodny, może później. Najpierw muszę sprawdzić, co się stało? – Mężczyzna z trudem podniósł się z miejsca.
– Mogę zaraportować.
– Do diaska! To na co czekasz?
– Zmuszony byłem odciąć czwarty sektor, z którego poprzez nieszczelne poszycie ulotnił się tlen – wyrecytował SI5.
– Cholera, czwarty sektor to magazyn. Zleciłeś naprawę?
– Tak, niestety nie mam kontaktu z SI5, które tam weszły.
– Jak to nie masz kontaktu?
– Żaden z czujników w tamtym sektorze nie działa. Czujniki ruchu, detektory ciepła, mikrofony... nic, wszystko padło.
– Uszkodzona została wiązka przekaźnikowa?
– Nie wiem.
– Dupa, budź mi zaraz mechatronika.
Robot odwrócił się i opuścił pomieszczenie. Kapitan, podtrzymując się balkonika niczym wiekowa staruszka, podszedł do biurka. Z szuflady wygrzebał zabytkową, grawerowaną srebrną papierośnicę. Wewnątrz w równym rzędzie spoczywały staroświeckie papierosy. Savage podpalił jednego, zaciągnął się i zakaszlał, zakrztusiwszy się dymem. 
– Kurwa – zaklął, wciąż kaszląc. – Chyba odwykłem. 

Savage nie należał do ludzi, którzy siedzą bezczynnie w oczekiwaniu, aż ktoś inny rozwiąże problem. Jak tylko poczuł, że odzyskał chociaż część sprawności, wbił się kombinezon i poszedł sprawdzić, w jakim stanie jest sektor, który uległ awarii. Śluza powietrzna oddzielająca sektor zamknęła się za nim. Kapitan wybrał na panelu dotykowym znajdującym się obok drzwi wyrównywanie ciśnienia. Po chwili poczuł, że jego stopy odrywają się od podłoża. Ostrożnie odbił się i poszybował w stronę znajdujących się tuż za drzwiami skafandrów. Taki zapas znajdował się w każdym sektorze. Nad skafandrami znajdowały się dżetpaki – plecaki z wbudowanymi silnikami manewrowymi i kontrolerem tuż po ręką. 
Savage, używając silników manewrowych, podfrunął pod sporą wyrwę w poszyciu. Zaskoczył go fakt, że nie było nawet śladu po próbach naprawy. Wyspecjalizowane nanoboty powinny już dawno to załatać. Kapitan z niepokojem rozejrzał się po pomieszczeniu, jego uwagę przykuł jakiś ruch na podłodze. Savage wymusił opadanie i prawie położył się, by lepiej przyjrzeć się temu, co tam się kotłowało. 
Nanoboty niczym w transie dreptały wkoło, właziy na siebie i odbijały się od siebie nawzajem. Mężczyzna nigdy nie słyszał o czymś takim. 
Zafascynowany tym odkryciem zerknął w głąb dziury znajdującej się tuż obok ogłupiałych mini botów. Coś, co przeszło poszycie, przebiło się też przez kilka pokładów. Savage ujrzał poniżej, wbity w podłogę spory obiekt. 



Humanoidy unosiły się w powietrzu jak potopione w stawie lalki, porzucone przez znudzone zabawą dziecko. Wyglądały dziwnie, nogi miały zgięte w kolanach, ręce rozrzucone na boki. Ich twarze nie wyrażały nic, co było zupełnie naturalne, lecz w tych okolicznościach budziło grozę. 
Migające ostrzegawczo światła co chwilę rozjaśniały mroczne pomieszczenie. Z przerwanych przewodów elektryczne iskry sypały się przy każdym spięciu. 
Przed wbitym w metalową podłogę owalnym przedmiotem „stał” mężczyzna. W rozszerzonych do granic możliwości źrenicach odbijał się pokryty mikroskopijnymi runami przedmiot. Człowiek co pewien czas poruszał nerwowo głową, jakby starał się odpędzić wyjątkowo natrętną muchę, ruch ten był szybki i nerwowy. Nagle drzwi do pomieszczenia stanęły otworem i wyłoniło się z nich trzech mężczyzn z kombinezonach. Dwóch z nich przy pomocy jetpaków odleciało do człowieka przy Ziarnie i pochwyciło go pod ręce. Ujęty mężczyzna szarpnął się wściekle, gdy siłą wywleczono go z pomieszczenia. Trzeci człowiek, który jako ostatni opuścił uszkodzony pokład, jeszcze przez chwilę przyglądał się gładkiej i lśniącej powierzchni Ziarna. I... zdawało mu się że dostrzegł na jego powierzchni jakiś ruch. 



– Kapitanie? – pierwszy oficer próbował zajrzeć mu w twarz. Savage przymknął powieki, które zdawały mu się wyjątkowo ciężkie. Pierwszy otworzył usta, żaby zadać jeszcze jedno pytanie, ale kapitan uprzedził go ruchem ręki, pokazując, że wszystko w porządku. 
– Może pan iść do swoich zajęć, Kabir. 
Oficer zawahał się, lecz widząc minę przełożonego, zasalutował i opuścił kapitańską kajutę. Savage siedział przez chwilę, wpatrując się w podłogę, po czym poderwał się na nogi i chwiejnym krokiem podszedł do swojego biurka. Z dna szuflady wydobył paczkę papierosów, ręce tak mu się trzęsły, że cienkie ruloniki wypełnione tytoniowym suszem posypały się na podłogę. Przeklinając pozbierał je i, wciąż klęcząc, podpalił jednego. Z błogością zaciągnął się dymem. Boże, jak mu tego brakowało. Zaciągnąwszy się kilka razy z westchnieniem podniósł się. Tuż przy wejściu do sypialnianej części kajuty stał SI5 i przyglądał mu się. 
– Czy mam wezwać lekarza? – zapytał. – Ma pan podwyższone ciśnienie, to może...
– Nie trzeba – przetrwał mu Savage, czując, jak jeżą mu się włoski na rękach. Dziwne, przecież nie było mu zimno. 
Robot podszedł bliżej. 
– Ma pan rozszerzone źrenice. 
– Daj mi spokój. – Savage odwrócił się. 
– Z moich danych wynika, że potrzebuje pan interwencji...
– Powiedziałem, daj mi spokój! – krzyknął kapitan i odetchnął humanoida. Maszyna stała nie wzruszona, czekając na rozkazy, to sprawiło, że Savage zdenerwował się jeszcze bardziej. 
– Wynocha! – krzyknął, wskazując drzwi. Robot posłusznie opuścił pomieszczenie. Savage wypalił papierosa do końca i położył się do kapsuły hibernacyjnej, która w zwykłych warunkach zastępowała łóżko. Nie chciał przyznać nawet przed samym sobą, że coś z nim było nie tak. Zatracił się, zapomniał, uciekły mu z życia dwie godziny, które minęły od momentu, w którym przekroczył drzwi uszkodzonego sektora do chwili, w której wyprowadzili go stamtąd jego ludzie. Może powinien dać się zbadać? Ale bał się, obawiał się wyników. A jeśli coś znajdą? 



Kabir i pozostali członkowie załogi operacyjnej pochylali się nad sporą, okrągłą wyspą na środku mostka. Na jej płaskiej, gładkiej powierzchni wyświetlał się obraz tego, co zastali na pokładzie, na którym znaleźli kapitana. 
– Zrobiłem skan wszystkich pokładów, przez które przebiło się to cholerstwo. Media zostały odcięte, ale taka utrata gazów może nas sporo kosztować – powiedział pierwszy mechanik. 
Kabir podrapał się po idealnie ogolonym podbródku.
– Nie to mnie martwi najbardziej. 
Mechanik spojrzał na niego, widać było, że wie, o co chodzi pierwszemu oficerowi. 
– Załatam tę dziurę, ale to coś… Widział pan jak zareagował kapitan? 
– Tak. Był w jakimś szoku. 
– Delikatnie mówiąc. Ja powiedziałbym, że wyglądał jak obłąkany.
– Niech pan zważa na słowa! Wszyscy jesteśmy zaskoczeni zaistniałą sytuacją, a zwłaszcza awarią robotów technicznych. Dyskutowanie o stanie psychicznym kapitana jest w tej chwili zbędnym marnowaniem czasu. Proszę zabrać ludzi i załatać tę dziurę, jeżeli jest taka potrzeba, proszę wybudzić ludzi posiadających niezbędne umiejętności. 
– Tak jest! – Zasalutował pierwszy mechanik, po czym wyszedł zaciskając ze złości szczękę. Za mechanikiem pomieszczenie opuściła reszta mężczyzn poza jednym, nawigatorem. 
– A co z tym czymś? I co to w ogóle jest? 
Kabir skrzyżował ręce na piersi. 
– Pewnie śmieć, mało tego na orbitach i po kosmosie lata. Mieliśmy po prostu pecha. Trzeba to usunąć. 
– Wywalić w przestrzeń? 
Pierwszy oficer zamyślił się. 
– Nie – odparł. – Proszę to umieścić w ładowni. Trzeba będzie przeprowadzić ekspertyzę. 



Savage z trudem przełknął ślinę. Od wielu lat starał się wyprzeć bolesne wspomnienia, starał się odsunąć od siebie zapachy, dźwięki i obrazy z przeszłości. Nie mówił o nich i nie myślał, bezustannie oddając się zajęciom, które absorbowały cały jego umysł i czas. Niestety podróże kosmiczne miały jeden defekt – trwały niewiarygodnie długo i dlatego wymagały hibernacji. Pierwotnie sen miał być pozbawiony wszelkich snów, ale wyłączony umysł ludzki pozbawiony sennego treningu z czasem zapominał pewnych, zwłaszcza nowo nabytych tuż przed lotem, umiejętności. Wtedy wprowadzono sztuczne, edukacyjne sny. Savage – jako kapitan – zamówił sobie sesje terapeutyczne i sny o Ziemi. To pomagało mu zapomnieć i wpierało koszmary. 
Przegnany SI nie wrócił i mężczyzna po wypaleniu kolejnego, trzeciego, papierosa, nie uzyskał niezbędnej, szybkiej pomocy – zwymiotował w połowie drogi do toalety. 
– Kurwa, naprawdę odwykłem – zaklął. Odczekał, ale torsie nie powróciły. Z otworu w ścianie wynurzył się automatyczny odkurzacz i ruszył w kierunku wymiocin, po chwili do uszu Savage’a dotarł nieprzyjemny dźwięk zasysania. Mężczyzna skrzywił się zniesmaczony i pośpiesznie opuścił pomieszczenie. 

Prace naprawcze miały potrwać około tygodnia czasu liczonego według ziemskiego cyklu nocy i dnia. Gdyby prace remontowe przeprowadzały roboty, trwałoby to o połowę krócej. Niestety nie znano przyczyn awarii maszyn i wszystkimi czynnościami musieli zająć się ludzie, towarzyszyły temu ogłuszające dźwięki, które niosły się po wyludnionym dotąd statku. Savage, przywdziawszy kombinezon, pojawił się w uszkodzonym sektorze, by sprawdzić, jak postępują prace. Przez otwór w poszyciu dostrzegł ludzi pracujących na zewnątrz. Od chwili osiągnięcia stałej międzygwiezdnej prędkości statek nie mógł zwolnić aż do wyliczonego momentu, wówczas rozpoczynał się proces hamowania. Na szczęście tarcie w kosmosie było minimalne, a specjalne kombinezony pozwalały na wykonywanie pracy, choć nie niwelowały ryzyka. Śmierć mogła nadejść błyskawicznie. Kapitanowi dziwnym wydał się rozmiar dziury, znacznie większy od przedmiotu, który go zrobił. Mężczyzna spojrzał w głąb otworu w podłodze. Na pokładzie poniżej otwór, który powstał, gdy to coś przebiło się przez trzy poziomy, był już naprawiony. 
„Szybko się uwinęli” pomyślał. Spod sufitu sfrunął do niego mechanik. 
– Znacie już przyczynę awarii systemów w tym sektorze? – zapytał kapitan poprzez moduł łączności wbudowany w każdy kombinezon. 
– Nie – odparł mężczyzna. – Wydaje się, że systemy po prostu zostały wyłączone, może komputer źle przetworzył dostarczone przez czujniki dane i sam je odłączył. Na dole już załataliśmy. ..
– Widzę, jak zwykle dobrze pracujecie, a gdzie...?
– Kabir kazał to zabrać do sekcji bada... – zamilkł. Kapitan obdarzył go piorunującym spojrzeniem, po czym używając silników manewrowych, opuścił pomieszczenie, w którym wciąż panowała zerowa grawitacja. Opuszczając wnętrze, kapitan starał się nawiązać łączność z pierwszym oficerem. Musiał się spieszyć nim działania podjęte przez Kabira, uruchomią sondę i sprowadzaną na nich uwagę tego, który wystrzelił urządzenie w kosmos. Savage nie miał ochoty na powtórkę z lat swojej młodości, podejrzewał, że teraz wszystko mogłoby potoczyć się inaczej i on nie znalazłyby się pośród szczęśliwców, którzy przeżyją. 



Linshi była zespołem wydobywczym na jednym z księżyców Saturna, obsługiwało ją kilkanaście osób na pięcioletnich kontraktach i kilka zatrudnionych na stałe. Rodzice Piera byli jednymi z tych, którzy stacjonować mieli tu do końca życia, po nich obowiązki miał przejąć ich syn i dzieci pozostałych „kretów”. Życie i praca w takim zespole nie należały do łatwych, wszędzie tylko stal i czerń kosmosu. Ojciec Piera, Antuan Savage, odpowiedzialny był za łączność w zespole wydobywczym i z przylatującymi raz na pięć lat statkami z Ziemi, okręty zabierały urobek i przywoziły nowych pracowników. Pier pamiętał, że pasją ojca były rośliny, zajmował się wiec też ich małą, prywatną hydroponiczną uprawą. Matka, Chao Lan, była inżynierem górnictwa pozaplanetarnego i do jej obowiązków należało podtrzymanie stałego wydobycia surowca. Pier, pomimo że miał wtedy dziesięć lat, dobrze pamiętał przylot ostatniego okrętu z Ziemi, na Linshi zapanowało wyjątkowe poruszenie, bo statek uległ kolizji i na długo przed jego dotarciem na orbitę do zespołu wydobywczego dotarło wezwanie o pomoc. Ojciec opowiadał Pierowi, że takie sytuacje się zdarzają i że to nic nadzwyczajnego. Obiecał też chłopcu, że polecą promem na okręt. Pier nie mógł się doczekać, chociaż podejrzewał, że ojciec nie był z nim do końca szczery. Pier był dzieckiem, a nie głupim ślepcem, więc widział, że dorośli nie zachowywali się normalnie, widział, że się boją, że w napięciu oczekują przylotu okrętu. 
Statek przybył z miesięcznym opóźnieniem, jak gdyby proces hamowania został zainicjowany zbyt wcześnie. Teleskop umieszczony na satelicie krążącym wokół księżyca śledził ślimaczy wręcz lot, a gdy okazało się, że nikt na okręcie nie odpowiada na wezwania i że nikt nie zamierza zacumować na orbitalnej przystani, stało się jasne, że ojciec Piera i kilku członków ekipy wydobywczej muszą udać się na pokład bez zaproszenia i zacumować statek. Mały Pier sam zgłosił się na ochotnika, by wziąć udział w wyprawie, ale jego kandydatura nawet nie została wzięta pod uwagę. Ojciec kazał mu przestać się wygłupiać i uciekać do domu, nawet nie do matki, bo ona brała udział w zebraniu, ale do domu, w którym przecież nikogo nie było. Wściekły na rodziców chłopak ukrył się w ładowni transportowca, którym ekipa ratunkowa miała lecieć na spotkanie z Demeter. Przez całą drogę szczękał zębami i trząsł się z zimna, ale ani przez chwilę nie żałował, że postanowił wziąć udział w największym wydarzeniu za jego życia. 
Gdy prom zacumował, co wcale nie było proste, zważywszy na prędkość, z jaką poruszała się Demeter, i wszyscy dorośli opuścili pokład, młody Savage wyszedł ze swojego ukrycia i udał się na fascynującą wycieczkę po nieznanym okręcie. Spodziewał się znaleźć miejsca niezwykłe, urodziwe i pełne rzeczy do zbadania i odkrycia, jak eksploratorzy kosmosu, o których czytał lub słuchał w pokładowej bibliotece. Spodziewał się czegoś więcej, niż zastał. Demeter w swej konstrukcji niewiele różniła się od zespołu wydobywczego, proste ściany, podłogi i sufity, szyby techniczne wypełnione kablami i rurami, sektory zamykane szczelnymi grodziami. Zawiedziony chłopak snuł się po statku opanowanym przez ciszę. Raz lub dwa zdawało mu się, że ktoś za nim idzie, raz lub dwa myślał, że dostrzegł coś zamazanego na ścianie, a może przed nią? Raz lub dwa myślał, że coś usłyszał. W końcu postanowił wrócić na prom i nie narażać się na gniew ojca albo, co gorsze, na pozostanie w tym miejscu. Szedł w ciszy z powrotem, gdy nagłe coś lub ktoś zatkał mu usta i poderwał do góry. Mały Pier wierzgnął nogami w powietrzu, gdy to coś wciągnęło go do pionowego szybu technicznego. 
– Ciiiichoo – rozległ się szept tuż przy jego uchu, a uścisk nieco zelżał. Chłopiec wyrwał się z objęć człowieka i odskoczył w drugi kąt ciasnego pomieszczenia. Spod przeciwległej ściany spoglądały na niego bardzo zmęczone oczy karła. Mały mężczyzna osunął się na podłogę. 
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytał, podkurczając niesymetrycznie krótkie nogi. 
– Przyleciałem z resztą ekipy z kopalni – odpowiedział chłopiec, bacznie przyglądając się mężczyźnie, nigdy wcześniej nie widział tak niskiego dorosłego i na dodatek z tak śmiesznie krótkimi rękami i nogami. Nie wiedział, że jak na karła jego rozmówca jest całkiem wysoki. 
– Z resztą? – dopytywał człowiek. 
– Tak z ojcem i pozostałymi, którzy postanowili ratować ten statek. 
– Dobrze mówisz... Statek, bo ludzi już nie uratujecie. Gdzie zadokowaliście? 
– Nie wiem – odparł chłopiec z rozbrajającą szczerością. – Siedziałem schowany w luku bagażowym.
– Wiec nikt nie wie, że tu jesteś? Wspaniale. Nie dość, że mi nie pomożesz, to jeszcze sam wymagasz pomocy – odparł karzeł i, podniósłszy się, chwycił obiema rękami gruby przewód, jakby chciał się po nim wspinać. 
– Nie potrzebuję pomocy – odparł dziarsko Pier. – Wiem, którędy mam wrócić. 
– Co? Tamtędy? – Karzeł złapał chłopca za koszulę i pociągnął z powrotem. – Chyba ci odbiło. Tam jest on, co oznacza, że my nie możemy tam iść. 
– Jaki on? – zapytał chłopiec, kompletnie nie rozumiejąc, o czym mówi mężczyzna. 
Karzeł pokiwał głową i wlepił wzrok w podłogę. 
– On, istota z piekła rodem. Nie wiem, czym jest, inteligentną istotą pozaziemską? wojskowym eksperymentem genetycznym, który wymknął się spod kontroli? Nie wiem, ale wiem, że wymordował całą załogę, tylko ja zostałem. Dlatego mówię ci, nie możesz tam iść. Jedyna w miarę bezpieczna droga prowadzi szybami technicznymi. – Znowu przymierzył się do wspinaczki. 
– Ale ja tam nic nie widziałem. 
– Nie ma żadnego ale! Idziemy tędy i koniec, musimy sprawdzić wszystkie stacje dokujące skoro nie wiesz, przy której znajduje się prom, a potem musimy się stąd wynosić. 
– Ale mój ojciec...
– On nie żyje – przerwał chłopcu mężczyzna z trochę szalonym spojrzeniem. – A jeśli żyje, to już niedługo.
Pier nie chciał słuchać tego, co mówił karzeł, przecisnął się przez ciasne przejście pomiędzy przewodami i uciekł, za plecami słyszał stłumione wołanie mężczyzny. Biegł, zdawało mu się, w dobrym kierunku, przebierał nogami i wymachiwał rękami, jeszcze nigdy w swoim życiu nie był zmuszony do tak nadludzkiego wysiłku. Z rozpędu wbiegł prosto do ciemnego pomieszczenia, którego drzwi otworzyły się w chwili, gdy się do nich zbliżył, przebiegł jeszcze parę metrów w ciemnościach, a potem z impetem uderzył o coś zimnego i mokrego. To coś poczęło wydawać skrzypliwy jednostajny dźwięk, jak stara huśtawka, którą zrobił mu kiedyś ojciec. Pier wydobył ze spodni kombinezonu małą latarkę i oświetlił nią pomieszczenie. Podłoga kleiła się od czegoś gęstego i ohydnie wręcz brunatnego. Pier wytarł dłonie w nogawki, pozostawiając na nich paskudne plamy, a potem podniósł światło latarki na huśtający się przedmiot. Tego widoku nie zapomni nigdy, nie zapomni ludzkich ciał obdartych ze skóry i powieszonych głowami w dół jak oprawiane zwierzęta. Światło latarki, gdziekolwiek ją skierował, odsłaniało kolejną makabryczną twarz, na niektórych ciałach wciąż znajdowały się kawałki skóry, jakby oprawca nie chciał tej poznaczonej bliznami i tatuażami. Pier z przerażenia nie mógł złapać oddechu, wiec nie krzyczał, pełznąc do tyłu na tyłku niczym bobas, wydostał się z pomieszczenia. Na korytarzu natknął się na karła. Ten złapał go za ramię i podźwignął do góry. 
– Mówiłem ci żebyś został. Bezpiecznie jest tylko tam, gdzie on nie może wejść. Bydlak jest wielki jak szafa, w przewodach technicznych się nie mieści. – Pier z przerażeniem patrzył na karła, mężczyzna dostrzegł to spojrzenie. – Myślisz, że to ja? – wskazał pomieszczenie w którym znajdowały się ciała. – To on urządził sobie na nich polowanie, a teraz zapoluje na twojego ojca. 
Pier nagle się ożywił.
– Muszę go ostrzec – odparł i już chciał puścić się pędem, lecz silna dłoń wciąż trzymała go za ramię. 
– Dokąd to? 
– Do ojca, na pewno jest na mostku, ty wiesz, gdzie to jest, pokaż mi drogę, proszę, musisz mi pomóc – błagał chłopiec. Mężczyzna wzrokiem wskazał różnokolorowe linie na ścianach. Pier zrozumiał, jak mógł być wcześniej tak zaślepiony, żeby nie dostrzec ich przeznaczenia. W oddali zalśniły dwa światła niczym oczy dzikich zwierząt w ciemnościach, oglądał to wiele razy na nagraniach pochodzących z Ziemi, ale tu nie było ciemno. 
– Co to jest? – Wskazał to, co dostrzegł. Karzeł odwrócił głowę w tym kierunku. 
– Padnij – krzyknął, ciągnąc chłopca na podłogę, tuż nad nimi przeleciała sieć. Mężczyzna błyskawicznie przeturlał się na bok, oddalając się od miejsca, w którym leżeli. Pier poczuł, że coś ciągnie go w stronę świecących oczu. Chłopiec zaplątał się w zwijaną sieć. 
– Aaa, pomocy! – krzyczał, usiłując zahaczyć szczupłymi palcami o jakąkolwiek nierówność w podłodze. – Pomóż mi, błagam, pomóż – wołał za karłem znikającym we włazie do szybu technicznego. Przerażony Pier szarpał się niczym ryba złapana w sieć, ale nie mógł wyplątać nogi z uwięzi, w końcu znalazł się tuż przy właścicielu świecących oczu, kamuflaż został wyłączony a oczom chłopca ukazał się rosły osobnik o mlecznobrązowej skórze nakrapianej na bokach ciała i dziwnych włosach, które małemu Pierowi przypominały wycior sznurkowy zamontowany na końcu jednego z ramion robota konserwującego układy wydobywcze. Osobnik, wyjąwszy długi nóż, kucnął obok dziecka, chłopiec wierzgnął nogami ze strachu, na co obcy warknął i zdzielił go otwartą ręką w głowę. Łzy napłynęły od przerażonych oczu dziecka, nigdy wcześniej nikt nie potraktował go w taki sposób. Morderca, jak myślał teraz o nim Pier, przeciął jedno z oczek sieci i uwolnił nogę chłopca, a nim wstał przyjrzał się dziecku uważnie. Pier nie należał do tchórzy, ale nie był też głupcem, domyślił się, że to karła usiłował złapać morderca, a on był przypadkową zdobyczą, nie zamierzał jednak przekonywać się o tym, że jego dedukcja mogłaby być błędna, błyskawicznie poderwał się na nogi i pędem pognał wzdłuż pomarańczowej linii na ścianie, która co klika metrów przerywana była napisem mostek. Teraz wystarczyło, że będzie się nią kierował, a na pewno za chwilę dotrze do celu.

Pozaziemski łowca przyglądał się znikającym za zakrętem plecom ludzkiego dziecka, już dawno przekonał się, że odpowiednia sytuacja z osobnika każdego gatunku uczyni groźnego zabójcę, wystarczyło stworzyć poczucie zagrożenia i nadzieję, że nawet niewielka broń może uratować życie. Łowca uniósł prawe ramię, by spojrzeć na odczyty komputera, niewielka „pluskwa” przyczepiona do włosów człowieka nakieruje go na pozostałych przy życiu ludzi - jeśli tacy się tu jeszcze znajdowali. Powoli ruszył za ludzkim dzieckiem, kierując się sygnałem odbieranym przez komputer. Po krótkiej chwili zauważył, że młodzik nie porusza się chaotycznie, lecz zmierza w konkretnym kierunku – do centrum sterowania. Mały człowiek nie wiedział, że Myśliwy rozprawił się już z ludźmi, którzy ponad dwie godziny temu, czasu statkowego, przybyli tu promem i zakotwiczyli w doku oznaczonym symbolem 4. Yautjańczyk był ciekaw, czy ludzkie dziecko, odkrywszy, że wszyscy nie żyją, podejmie walkę czy podda się bez niej. Kodeks zabraniał krzywdzenia niewinnych, ale nie mówił nic o tym, że nie można przymuszać ich do walki. Łowca się nie spieszył, a mimo to systematycznie zmniejszał odległość dzielącą go od potencjalnej ofiary. Gdy był już naprawdę blisko, otworzył ostrza i zatrzymał się, by przeskanować pomieszczenie i szyby techniczne. Według odczytów komputera znajdował się dokładnie w miejscu, w którym powinno być dziecko. Przykuznął w miejscu, w którym stał, na podłodze leżała kupka równo odciętych włosów z wciąż przyczepioną do nich pluskwą, myśliwy zaklikał zaskoczony faktem, że dziecko odkryło jego urządzenie i że miało czym wyciąć włosy, to jednak mu nie przeszkodzi, znał cel, do którego zmierzał chłopiec. Ryknął ostrzegawczo, dźwięk rozniósł się po pustym statku. 

– Biegnij, nie oglądaj się – poganiał chłopca karzeł, chociaż sam ledwo mógł go dogonić. Mały Pier biegł przodem i widział już zbliżające się drzwi do sterowni statku, zapas sił sprawił, że przyśpieszył, pozostawiając mężczyznę z tyłu. 
– Zaczekaj może najpierw ja sprawdzę! – krzyknął w ostatniej chwili, ale drzwi już się otwierały przed chłopcem. Mężczyzna dopadł w końcu do Piera stojącego w prześwicie wejścia. Sterownia była zniszczona, dotykowe ekrany komputerów migały zawzięcie, jakby z uporem usiłując przywrócić zniszczoną matrycę do życia, ślady po wystrzałach z broni, nawet tej, której zakaz był używać w ciasnych pomieszczeniach statku, widniały na ścianach, zwłaszcza na tej, pod którą stali. 
– Tu broniła się część załogi, ta część która przeżyła pierwsze ataki z zaskoczenia. Na początku nawet nie wiedzieliśmy, że jest coś nie tak. Zginęło kilku członków załogi, nim się w ogóle połapaliśmy, że ich nie ma. Byliśmy zbyt zajęci badaniem Ziarna.
Chłopiec nie zapytał co to, choć takiego efektu spodziewał się mężczyzna. 
– To sonda, przyleciała pierwsza, uszkodziła poszycie, przebijając się do środka, za nią przybył on, a resztę już znasz. 
Pier przyglądał się ciałom leżącym na podłodze, wszystkie pozbawiono głów, jak miał rozpoznać, który z nich to jego ojciec? Wszyscy nosili takie same korporacyjne uniformy. 
– Tu go nie ma – oznajmił mężczyzna, przerywając ponure myśli chłopca. – To ciała załogantów. 
– Tutaj! Chodźcie tutaj! – dźwięk dotarł do nich nagle, mały Pier rozpoznał w nim głos ojca. Pobiegł, nim mężczyzna zdołał zareagować. Korytarz w tym miejscu zataczał krąg i znów prowadził w głąb okrętu, ale po drugiej stronie jego długiego beczkowatego korpusu. Karzeł pognał za chłopcem, może nie wszystko było stracone, może uda mu się wydostać z tej draki cało? Biegli, a głos wabił ich, ale stawał się jednocześnie coraz bardziej dziwny, przerażony, urywany, jakby wyrwany z jakiejś całości. Do karła dotarło nagle, że głos wcale ich nie wola, że zadaje pytania i udziela odpowiedzi jakby z kimś rozmawiał, z kimś, kto nie odpowiadał lub robił to bardzo cicho. 
– To pułapka krzyknął nagle, ale było już za późno, coś błyskawicznie nadleciało w ich kierunku i ścięło mężczyznę z nóg, to nie była sieć, ale krótki sznur obciążony z obu końców stalowymi kulami. Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie, powietrze zafalowało od rozdzierającego uszy dźwięku, karzeł złapał się za głowę, obaj z chłopcem wili się teraz na podłodze, a rozedrgane powietrze przybrało postać dwumetrowego kosmity, który od tygodni polował na członków załogi. Obcy przymierzył się, by zadać cios, karzeł przeturlał się na jego stopy unikając ostrzy nadgarstkowych i sam zaatakował napastnika, wbijając mu w łokieć niewielki składany zabytkowy scyzoryk produkcji ZSRR. Łowca ryknął zaskoczony nagłym atakiem, spodziewał się obrony ze strony człowieka, ale nie sądził że zostanie ranny i to tak poważnie. Wciąż pochylony wyszarpnął nożyk i odrzucił go od siebie, spróbował zgiąć rękę, nie mógł, mała broń prawdopodobnie uszkodziła ważne ścięgna. Karzeł zdołał w tym czasie odturlać się na bok, wyplątać nogi z pułapki i, zataczając młynki sznurem, pobiegł do zajętego sobą obcego i wyrżnął go z całej siły w łeb stalowym obciążnikiem. Lekko ogłuszony myśliwy zwalił się na klęczki, człowiek zdzielił go ponownie w nieosłoniętą biohełmem część głowy, zielona krew trysnęła z rozciętej skóry. Człowiek uderzył ponownie, tym razem cios zerwał maskę z twarzy obcego, karzeł widział już jego twarz, gdy zamordowawszy członków załogi, ozdabiał ją sobie, malując na czole znaki ludzką krwią. Uderzył ponownie, kolejny rozbryzg krwi, cios i krew, cios i krew. W końcu przestał, obcy wciąż klęczał, w zmasakrowanej twarzy żółciły się nieludzkie tęczówki, ale w nich człowiek dojrzał coś bardzo ludzkiego i przerażającego, dojrzał satysfakcję. Coś szarpnęło go za brzuch, w ustach poczuł metaliczny smak, opuścił wzrok, jego własne jelita walały się po podłodze, paskudząc mu i tak zafajdane buty. Obcy w lewej ręce trzymał nóż o wręcz białym ostrzu, które teraz pokrywała czerwona krew, jego krew. Człowiek zwalił się na podłogę tuż obok klęczącego obcego, żył jeszcze, gdy tamten przewrócił go na rozpruty brzuch i wbiwszy swe długie i twarde pazury w miękkie ciało, począł powoli wyszarpywać z niego kręgosłup łamiąc i miażdżąc przy tym kości. 

Pier nie krzyczał, aż głos uwiązłby mu w gardle, a płacz stał się tylko głośnym zaciąganiem powietrza, nad którym chłopiec nie mógłby zapanować, on po prostu przyglądał się w milczeniu, przyciskając chude dłonie do piersi. Obcy zabił jego towarzysza, a teraz zbliżał się do niego, ale zamiast broni wyciągnął w stronę chłopca pustą otwartą dłoń i, zgiąwszy kilka razy palce, dał mu znak, by wstał, tak przynajmniej zinterpretował to Pier. Podniósł się i poszedł za obcym, odwracając wzrok od ciała mężczyzny. Szli powoli, wzdłuż zielonej linii z napisem Doki. Pier nie rozumiał, co się dzieje, nie rozumiał, dlaczego obcy prowadzi go do promu, którym tu przybył. Chłopiec pogodził się z faktem, że jego ojciec nie żyje, musiał nie żyć, pewnie obcy dopadł ich na początku, ale dlaczego nie zabił jego? A może teraz niechybnie zbliżał się do śmierci? 

Zatrzymali się przed włazem do hermetycznego rękawa łączącego statek z promem. Myśliwy stal i cierpliwie czekał, a Pier niepewnie rozglądał się, w końcu obcy warknął i wskazał właz, więc chłopiec zdecydował się przejść, ale przekroczywszy próg zatrzymał się i odwrócił, obcy pochylił się, by zajrzeć w oczy dziecka i to był jego błąd. Pier, nie zastanawiając się, wbił mu ostrze scyzoryka w oko aż po samą rękojeść, a następnie zamknął i zablokował właz. Nie widział już, jak myśliwy upadł na plecy, drąc szponami stalową powłokę podłogi, nie słyszał ryku wściekłości i nie dowierzania, biegł do promu, był dzieckiem kolonistów, może nie znał zapachu trawy, ciepła słońca na twarzy, szumu wiatru w liściach drzew, ale potrafił pilotować prom. 



Teraz nie mógł dopuścić do takiej rzezi, Ziarno było sondą, szukało potencjalnych ofiar, wkrótce przybędzie myśliwy i koszmar zacznie się na nowo. On, Pier Savage, był kapitanem tego statku, był odpowiedzialny za wszystkich, jeśli nie jest w sanie ich uratować, a wierzył, że nie, to chociaż oszczędzi im śmierci w bólu. 
Wyszedł pewnym krokiem, odtrącając na bok X102, który zaniepokojony stanem kapitana, usiłował zastąpić mu drogę. 
– Precz! – podniósł głos kapitan. – Bo cię wyłączę, kupo złomu. To polecenie. – SI odsunął się, nie mógł zignorować polecenia, nie takiego, bo nie było ono sprzeczne z dyrektywami. Savage bez problemu dotarł do kolejki, statek był zbyt duży, by poruszać się po nim pieszo, a jemu się spieszyło. Wystarczyło odłączyć zasilanie w sektorze z kapsułami i będą bezpieczni, wolni od śmierci w katuszach, od strachu, od bezcelowej ucieczki, od widoku zmasakrowanych ciał towarzyszy od...
– Co pan robi, kapitanie? – Elektroniczny głos zmroził go na chwilę. 
– Nie twoja sprawa – odparł Savage do stojącego zanim SI, kapitan wiedział, że osobnik za nim dostał polecenie by go monitorować, a wydał je jego własny robot. 
– Inicjuje pan proces odłączenia kriokapsuł, to kategorycznie zabronione podczas lotu.
– Nie wtrącaj się! Działam zgodnie z wytycznymi. 
Cisza, Si stał, nie poruszając się i nie wydając żadnych dźwięków, nagle ożywił się, jakby został wybudzony. 
– Paragraf, o którym pan wspomina, nie ma zastosowania w zaistniałej sytuacji, nie grozi nam wszystkim śmierć. 
– Tobie nie, jesteś maszyną, będziesz dział jeszcze po tym, jak ten statek rozleci się w proch!
– To nie możliwe nanoboty…
– Zamknij się! Rozpraszasz mnie.
Savage drżącymi palcami wciskał różne kombinacje cyfr i liter, ale nie mógł sobie przypomnieć tej jeden, odpowiedniej. 
– Poinformowałem już pierwszego oficera o pańskich działaniach, proszę przestać, to może nic nie będzie panu groziło.
– Co?! Gówno wiesz o grożącym nam niebezpieczeństwie. - Odwrócił się w stronę maszyny – Ja ich ratuję.
SI znowu milczał, a jedynie jego oczy poruszały się z prawej na lewą stronę, jakby oglądał każdy minimetr ciała kapitana. 
– W pańskim ciele uaktywniło się jakieś urządzenie, wysyła sygnał.
– Jakie urządzenie?!
– Nie wiem, nie widzę go, mogę jedynie zlokalizować przybliżone miejsce wysyłania sygnału, podejrzewam ze jest biologiczne.
W drzwiach pojawił się pierwszy oficer, towarzyszyło mu dwóch mężczyzn. 
– Przypomniałem sobie – krzyknął kapitan, raptownie się odwracając, by wprowadzić kod. Tępy ból głowy przerwał mu w połowie. 

Obudził się po jakimś czasie, ciszę zakłócały tylko pracujące turbiny wentylacji, ale dźwięk ten był mocno wytłumiony. Drzwi do celi były otwarte, a światła przygaszone, panowała statkowa noc, nigdy dość ciemna, by zasnąć bez problemu. Savage uniósł się z koi, był cały obolały, materac – twardy jak jasna cholera – nie dostosowywał się do sylwetki użytkownika, jak ten w jego kapsule. Kapitan był przekonany, że to forma kary. Wyszedł z pomieszczenia, masując się po krzyżach, przytłumione światło świeciło się tylko w pobliżu jego celi, dalej panowała ciemność. Savage zatrzymał się w kręgu światła i wzrokiem próbował przeniknąć mrok, instynktownie wyczuwał, że coś się w nim kryje. Cofnął się do celi, z mroku wyłonił się myśliwy, którego Savage już znał, miał tylko jedno oko. Pier poczuł, że znowu zaczyna go swędzieć blizna na nodze, jedyna pamiątka po pierwszym spotkaniu z myśliwym, głośno przekonał slinę. Czyżby przybył tu specjalnie po niego? 

Po piąte - równe szanse

  Na morzu Karskim granatowe, jak niebo nad nimi, fale bujały statkiem badawczym należącym do agencji NOAA. Wiatr wzmagał się z każdą minutą, powodując coraz większe  zagrożenie utraty cennego sprzętu zanurzonego obecnie na głębokość  bliską sześciuset metrów. Dziób okrętu podnosił się i opadał gwałtownie na fali, a lodowate podmuchy północnego wiatru niosły ze sobą drobinki słonej wody. Technik Jorendssen z niepokojem przyglądał się dźwigowi, który musiał teraz wytrzymać znacznie większe obciążenie. Pogoda miała być idealna, ale jak to często na kole podbiegunowym bywa, zmieniła się radykalnie w zaledwie kilka minut. Gdyby Olaf wiedział, że jego drogocenny sprzęt zostanie narażony na takie warunki, z pewnością nie zgodziłby się na opuszczenie go do głębi. Teraz mógł jedynie trzymać się falszburty i modlić, by lina wytrzymała. Kolejna fala, znacznie większa od poprzedniej, zalała pokład. Wysięgnik dźwigu zaskrzypiał nieprzyjemnie, a wściekły Olaf, klnąc, zszedł pod pokład. 
– Na Odyna, widzieliście, co tam się dzieje? Nie możemy dłużej stać na kotwicy! –  krzyknął do grupki osób stłoczonej w pomieszczeniu pod pokładem wokół ekranu przenośnego komputera. Nikt z zebranych nie zareagował na jego słowa. 
– Ludzie, co z wami? – Olaf dostrzegł wyrazy ich twarzy, wszyscy byli jak zahipnotyzowani. – Znaleźliśmy?
– O wiele więcej niż chcieliśmy – odpowiedział mu oceanograf  Wołodia Nowotny i powrócił do obserwowania monitora. 


– Chyba oszaleliście, nie możemy tego trzymać w tajemnicy – oburzyła się niska, pulchna kobieta. Jej rysy twarzy sprawiały, że wyglądała jak jedna z tych lalek bobasów z maleńkim noskiem i pucołowatymi policzkami. 
– Proponuję tylko, żebyśmy sami tam zeszli i sprawdzili, co to jest – odparł mężczyzna siedzący naprzeciwko niej. Z powodu coraz większych braków w owłosieniu głowy, golił ją zupełnie. 
– Wołodia! – krzyknęła kobieta. – Powiedz coś swojemu bratu, bo on chyba zapomniał, że jest weterynarzem – zwróciła się do mężczyzny, który wyglądem przypominał ojca rosyjskiego socjalizmu. Wołodia stał przy oknie i pustym wzrokiem spoglądał na morze. Gładząc swoją bujną brodę, odparł. 
– Wiem tylko, że tego nie powinno tam być, a jest. 
– Widzisz, Marto, Wołodia się ze mną zgadza. – Aleksiej pochylił się w stronę kobiety. Ta założyła długą, wciąż opadająca jej na oczy, grzywkę za ucho i odparła. 
– Nikt z nas się na tym nie zna. Jesteśmy biologami. 
– Olaf się zna – stwierdził Aleksiej. – Badał wraki z drugiej wojny światowej. 
– Ale to nie jest wrak statku, a przynajmniej nie takiego, o jakim myślisz – odparł ponuro Olaf i wlepił świdrujące spojrzenie swoich niebieskich oczu w Aleksieja. Zapadła cisza, wszyscy czekali,  aż rudowłosy Norweg powie coś więcej, ale on milczał. 
– Nie interesuje cię, co to jest?  – drążył temat Aleksiej. 
– Interesuje, ale zrozum, żeby zrobić to, co ty chcesz, trzeba mieć odpowiedni sprzęt, a my go nie mamy. Trzeba mieć wykwalifikowanych nurków...
– Każdy z nas potrafi nurkować. 
– Tak, żeby sobie rafę pooglądać, która jest tuż pod powierzchnią wody. To nie to samo, co zejście na taką głębokość. Zwykły skafander tu nie wystarczy. 
– Boisz się! 
– Wołodia, powiedz coś swojemu bratu. – Olaf nie miał zamiaru odpowiadać na głupie przytyki Aleksa.
– Wszyscy się boicie i dlatego pozwolicie, by odkrycie wszech czasów przeszło wam koło nosa! – Zdenerwowany Aleksiej wszedł, trzaskając drzwiami. 
– On ma rację – bronił brata Wołodia. – To jest odkrycie wszech czasów. 
– A ja zgadzam się z Olafem – stanowczo stwierdził kapitan statku, który tak jak Olaf, nosił gęstą brodę z tą różnicą, że jego była czarna jak smoła. – Znaleźliście na dnie kawał żelastwa, to z pewnością nie jest łódź podwodna, choć wolałbym, żeby była. Nie wiecie, co to jest, nie macie doświadczenia, ale chcecie tam zejść. A może to tylko meteoryt? No co? Oglądałem na Discovery, że niektóre zawierają w sobie dużo żelaza. 
– Sam nie wierzysz w to, co mówisz. Meteor, a w zasadzie asteroida tej wielkości zrobiłaby w ziemi krater wielkości tego na Jukatanie, a tu mamy obiekt, który leży na dnie. Zważywszy na to, że lód pokrywał ten teren od tysięcy lat, obiekt powinien już dawno pokryć się warstwą osadów dennych...
– Może nie leży tam tak długo – przerwał mu Wołodia. Olaf sapnął, widząc zapał, jakim pałał ten rosyjski oceanograf. – Spójrz na obraz echosondy. Obiekt jest trochę przechylony, można wyliczyć trajektorię lotu. 
– Albo spadania – dodał Olaf. 
– Myślicie, że to statek kosmiczny? – zapytał kapitan statku. 
Olaf się roześmiał.
– Nikt nie miał odwagi tego powiedzieć, ale tak. Chyba wszyscy tak myślimy. – Spojrzał na ekran. – Wyślemy tam Grubą Beki, sfilmujemy obiekt i, jeśli to będzie możliwe, pobierzemy próbki. 
– Beki wytrzyma taką podróż? 
– Tak, do tego została stworzona.
Wołodia uśmiechnął się zadowolony. 
– Pójdę porozmawiać z Aleksiejem – stwierdził. 
– Ja też idę –  kapitan statku przyłączył się do niego. 
Olaf i Marta zostali sami. Mężczyzna przeglądał screeny obrazów przesyłanych przez echosondę, a kobieta przyglądała mu się z uwagą.  
– Chcesz coś dodać? – zapytał ją nagle, nie odrywając wzroku od ekranu.  
– Znasz moje zdanie – odparła. Olaf podniósł wzrok na nią.
– Jesteś tu chyba jedyną rozsądna osobą – dodał, zamykając klapkę laptopa. Po czym wstał i wyszedł. Marta uśmiechnęła się do swoich myśli. 


Wszystko było gotowe. Batyskaf o nazwie Gruba Beki czekał na zwodowanie, swoją nazwę zawdzięczał wyglądowi i byłej żonie Olafa. Ustalono, że popłynie jej twórca i Wołodia. Aleksiej nie był zadowolony, myślał, że to właśnie jemu przypadnie w udziale bezpośredni kontakt z ich odkryciem, ale Olaf nie chciał go na pokładzie łodzi podwodnej, nie ufał mu na tyle, by dać się z nim zamknąć na tak małej przestrzeni i tak dużej głębokości. Załoga w napięciu przyglądała się zanurzeniu, wszyscy czuli doniosłość tej chwili. Batyskaf zanurzał się coraz bardziej. Kapitan statku, Aleksiej, Marta i kilka innych osób utrzymywało kontakt z załogą, umożliwiał go kilkusetmetrowy, gruby przewód, którym batyskaf połączony był ze statkiem. Obaj mężczyźni wykazywali objawy silnego stresu, ale zachowywali się spokojnie. 
Na jednym monitorze widać było skupione oblicze Olafa i Wołodii, a na drugim widok z kamery umieszczonej z przodu łodzi. Napięcie było nie do zniesienia, niestety dla bezpieczeństwa nie można było przyspieszyć tego procesu. Przed zewnętrzną kamerą poczęło robić się ciemno i nawet dwa reflektory nie były w stanie rozjaśnić otaczającego ich mroku. Po długich i pełnych napięcia minutach zaczęli się wreszcie zbliżać do miejsca wskazanego przez echosondę, nagle tuż przed kamerą pojawiło się coś co wyglądało jak burta łodzi podwodnej. Olaf spowolnił opadanie, zarzucając trochę balastu. Z głośnika dobiegały podniecone głosy towarzyszy z okrętu, mężczyzna nie wsłuchiwał się w wysuwane przez nich teorie, skupił się na manewrowaniu, w końcu jednak nie wytrzymał i krzyknął do mikrofonu. 
– Możecie się wszyscy zamknąć?! Nie będę szukał żadnego włazu ani tym bardziej tam wchodził. Opłynę to coś, zrobię wam zdjęcia, może uda się pobrać jakąś próbkę i spadamy. Nie podoba mi się to, aż włosy się jeżą. 
Wołodia położył dłoń na ramieniu kolegi. 
– Opłyń to i wystarczy – powiedział. 
Głosy napływające do nich z góry poprzez głośniki wcale się nie uspokoiły, a przebijał się przez nie wzburzony ton Aleksieja, mężczyzna usiłował przekonać innych, że najlepiej będzie wejść do środka, bo jakie próbki oni chcą pobierać na zewnątrz? Szybko jednak został uciszony przez kapitana. 
Gruba Beki płynęła powoli i jednostajnie wzdłuż długiej i gładkiej burty. 
– Jest ogromny – stwierdził Wołodia, spoglądając na przesuwający się przed wizjerem obraz. – Szkoda, że jest tak ciemno, chciałbym zobaczyć, jak prezentuje się w całości. 
– A mnie zastanawia, jak się tu znalazł i dlaczego spoczywa na dnie. Przecież musi być szczelny, a co za tym idzie, powinien mieć wyporność – mówiąc to, Olaf znowu zaczął wypełniać zbiorniki balastowe wodą. Łódź poczęła opadać, aż ich oczom ukazała się ogromna wyrwa w kadłubie, była tak duża, że bez trudu zmieściliby się w niej swoją łodzią. Olaf zatrzymał batyskaf, tak by reflektory oświetlały wnętrze dziury, ale dostrzegli tylko mrok. Powoli mężczyzna wprowadził dziób łodzi do środka, zatrzymał się jednak zaraz i wycofał. 
– To zbyt niebezpieczne! – odpowiedział na zachęcające nawoływania Aleksieja. – Jeśli stracimy połączenie ze statkiem, możemy tu utknąć! – dokończył, po czym wyciszył głośnik, nie mógł już znieść impertynencji tego Ruska. 
– Wracamy? – zapytał Wołodia, miał nadzieję na zdobycie jakiś namacalnych i zbadalnych dowodów ich odkrycia, bo obawiał się, że bez nich zostaną wyśmiani, a Aleksiej z całą pewnością nie będzie siedział cicho, nigdy nie potrafił trzymać gęby na kłódkę. 
Olaf grzebał coś przy niewielkim komputerze, który miał po prawej. Nagle od Beki oddzieliła się podwodna kamera z halogenem z przodu i napędzającym ją wirnikiem z tyłu. 
– Mam nadzieję, że wystarczy nam przewodu. – Olaf rzucił ni do siebie ni do Wołodii. 
– Czy oni też to widzą? – zapytał Wołodia, spoglądając w niewielki ekran, na którym widać było obraz z kamery. 
–  Tak, chociaż miałbym wielką ochotę zerwać połączenie i powkurzać ich trochę. 

Sterując kamerą za pomocą joysticka, Olaf wprowadził ją do wnętrza wraku. Mężczyzna nawet nie miał pojęcia, jaką reakcję wywołało to na kolegach z góry. Aleksiej, siedzący najbliżej monitora, omal nie dotykał go czołem. Marta obgryzała skórki wokół paznokci, a kapitan rozkręcał i skręcał długopis.
Podwodna kamera minęła wyrwę w burcie i wpłynęła do środka, blask halogenowego światła wystraszył mieszkające tu ryby, stworzenia przepływy przed obiektywem, zasłaniając widok. Olaf zrobił rundkę wokół pomieszczenia i natrafił na następną wyrwę prowadzącą do kolejnego. Obawiał się jednak, że przewód z kamery może gdzieś utknąć, więc po chwili wahania, powrócił do penetracji pierwszej komory. Na zamulonym już dnie spoczywały sześcienne, duże przedmioty, ich chaotyczny układ sugerował, że to nie było miękkie lądowanie. Technik porzucił przyglądanie się przedmiotom i skierował kamerę w górę, w suficie znajdowała się podobna wyrwa, kamera prowadzona wprawną ręką człowieka płynnie zmieniła kierunek i podążyła w górę. Ku zaskoczeniu Olafa zbliżała się do powierzchniowego lustra, przekroczyła dziurę w suficie i wypłynęła na powierzchnię. 
– Tlen? – Wołodia wysunął się do przodu, by móc lepiej widzieć.
– Na pewno jakiś gaz, woda wdarła się od spodu i ścisnęła go w tym pomieszczeniu. 
– Możesz zmierzyć ciśnienie? 
– To kamera. Służy tylko do filmowania.  
– Tak. Przepraszam, ja... Pomyślałem, że można tam wejść. Wracamy? 
Olaf nie odpowiedział, zaczął natomiast wycofywać urządzenie z na wpół zalanego pomieszczenia. Według niego powinni sobie odpuścić, to nie było coś, na czym ci ludzie się znali. 


Czujniki wciąż działały, ale cały system przeszedł w stan hibernacji już kilka dni po śmierci ostatniego ruchomego członka załogi. Pobór mocy został zredukowany w ten sposób do niezbędnego minimum. Nikt nie uruchomił procedury samozniszczenia, a dopóki na statku działała chociaż jedna kapsuła krio, komputer centralny miał utrzymywać jej pasażera przy życiu. 
Niewielki ruch w sekcji więziennej wywołał rozruch wszystkich systemów komputera. W każdym pomieszczeniu wraz ze sprawdzianem modułów blade światła rozjaśniały dwusetletni mrok i gasły, gdy czujniki nie wykryły nikogo z załogi. Po sprawdzeniu wszystkich elementów podtrzymujących życie, komputer zainicjował rozruch silników. 


– Co! Chyba ci odbiło zupełnie, Olaf. Nie zgadzam się, nie będziesz tu zapraszał żadnych swoich kumpli z wrakowego biznesu, to jest nasze odkrycie! – Aleksiej aż poczerwieniał ze złości, gdy usłyszał propozycję norweskiego kolegi. 
– Oni mają odpowiedni sprzęt, będzie można wejść do wraku w miarę bezpiecznie – tłumaczył swój zamysł Olaf.  
– Nie! Nie! I jeszcze raz nie! –  przerwała mu Marta. – To zbyt niebezpieczne. Zapominacie, że to środowisko zamknięte, nie wiadomo na jakie patogeny możemy się tam natknąć. Nikt, nawet z najlepszym sprzętem, nie powinien tam schodzić. A jeżeli się czymś zarazicie? Czymś na co nie znamy lekarstwa? Uważam, że powinniśmy to zgłosić i jak najszybciej stąd dopłynąć.
– I zostawić to kumplom Olafa?! Jasne, pięknie to sobie obmyśliliście – Aleksiej nie dawał za wygraną. 
– Niczego sobie nie obmyśliliśmy – zaprzeczyła kobieta. 
– Nie? A ja myślę, że kłamiesz. Chcecie się nas pozbyć...
– Nie przesadzaj, człowieku. Po prostu ja i Marta zgadzamy się w kwestii, że dla nas to zbyt niebezpieczne. Czemu się tak uparłeś?
– Po prostu nie przepuszczę takiej okazji, zbyt długo na nią czekałem. 
– Dać się zabić możesz w każdej chwili – zripostowała Marta. 
– Postawimy boję nawigacyjną i zawiadomimy władze – ni z tego ni z owego odezwał się Wołodia. Wszyscy spojrzeli na niego. Do tej pory siedział z rękami opartymi na stole i przysłuchując się ich rozmowie, wpatrywał się w kciuk swojej prawej dłoni, z którego pod wpływem infekcji grzybiczej zszedł prawie cały paznokieć. Teraz było już dobrze i keratynowa płytka zaczynała odrastać.
– Nie no! Ja się chyba przestałem. Ty też? – Brat Wołodii uniósł ręce wysoko, jakby samego najwyższego oskarżał o zmowę przeciw sobie. 
– Nie zamierzam tu zginąć, wystarczy mi, że byliśmy pierwsi. Jutro rano postawimy boję i wynosiły się stąd, mam... – chciał powiedzieć „złe przeczucie”, ale pomyślał, że to nie jest dobry argument. – Mamy – poprawił się – powody podejrzewać, że może być tak, jak mówi Marta. Moglibyśmy przenieść na powierzchnię jakąś nieznaną chorobę i zamiast odkrywców staliśmy się zabójcami i ofiarami, jak ci nieszczęśnicy, którzy otwierali grób Tutenchamona. Aleksiej, rozumiem, co myślisz i wiem, czego chcesz, ja czuję podobnie, ale to zbyt poważna sprawa. Nie podejmę takiego ryzyka.  
– Jak chcesz – odparł brat Nowotnego. Tym razem zamknął za sobą drzwi bez żadnych efektów dźwiękowych.
– Chciałam wam coś pokazać – odezwała się kobieta, przykuwając tym samym uwagę mężczyzn do swojej osoby. – W sieci znalazłam informację o wydarzeniu, które miało tu miejsce dwieście lat temu. Z relacji ludzi wynika, że Innuici zamieszkujący pobliskie tereny opowiadali o tym, że z nieba spadł ogień, który był tak wielki, że rozświetlił noc. Ówczesny car wysłał ekspedycję naukową, ale nim dotarli na miejsce nie znaleźli już żadnych śladów wszystko pokrył śnieg i lód. Spisali więc zeznania mieszkańców i wyjechali. Innuici twierdzili, że po incydencie woda była tak ciepła, że morze długo nie mogło pokryć się lodem, chociaż była zima. Z późniejszych relacji wynika, że zniknęły stąd zwierzęta i całe plemię musiało się przenieść. 
– To logiczne, arktyczne zwierzęta potrzebują lodu, tutejsze foki, niedźwiedzie polarne. Ciekaw jestem, jak po impakcie zmieniły się prądy morskie? 
– Wołodia, nie przesadzaj z tym zderzeniem. Widziałeś to coś pod wodą...
– Tylko część. 
– Ale czy ta część wyglądała jak po zderzeniu z ziemią? Określiłbym to raczej jako awaryjne lądowanie niż zderzenie. Zresztą nie ważne, inni będą się nad tym głowić, ja idę spać. – Olaf pozbierał mapy i komputer i wyszedł. 
Wyszedł też Wołodia, ale nim udał się do kajuty, poszedł na pokład. Wiał zimy wiatr, nie tak mocny jak wczoraj, ale nieprzyjemny. Wołodia wydobył papierosa, palenie rzucał bezskutecznie już od czterech lat, jednak nałóg był zbyt silny lub jego wola zbyt słaba. Podpalenie cienkiej rurki z tytoniem okazało się dość trudne na wietrze. Mężczyzna zaklął paskudnie w ojczystym języku. 
– Może byś tak poczęstował brata papierosem? 
Wołodia odwrócił się gwałtownie na dźwięk głosu Aleksieja. Mężczyzna stał tuż obok drzwi prowadzących na pokład po stronie, w którą się je otwierało, nic więc dziwnego, że Wołodia go nie dostrzegł. Wyciągnął paczkę w kierunku brata i uśmiechnął się. 
– Jesteś zły? – zapytał. Nie chciał mieć z bratem na pieńku. 
– Nie. Rozumiem twoją decyzję, chociaż się z nią nie zgadzam. 
– Zawsze byłeś w gorącej wodzie kąpany, to chyba dlatego żeniłeś się trzy razy. 
– Nie mieszaj do tego moich żon. To coś zupełnie innego niż nagła namiętność do kobiety, to nie to samo. – Aleksiej zaciągnął się ostatni raz, a niedopałek wyrzucił za burtę. – Wiem jedno, będziesz żałował tej decyzji –  powiedział i odszedł.
Czuł, że dziś nie zaśnie, bo jego brat przepuszcza właśnie okazję życia i to dlaczego? Bo się boi? Bo ktoś mu powiedział, że to nie dla nich? Aleksiej czuł złość i zawód, leżał na pryczy i nie mógł zasnąć. Elektroniczny zegarek zasygnalizował drugą w nocy, a on wciąż myślał o tym, co mogliby zyskać. Na ścianę obok niego, wprost z niewielkiego okna, podało dziwne blade światło. Mężczyzna podniósł się z łóżka i wyjrzał na zewnątrz, po czym szybko ubrawszy się, wybiegł na pokład. Woda przed statkiem badawczym kotłowała się i bulgotała jak w garnku z zupą, a spod jej powierzchni wydobywało się nikłe światło. 
Wołodię obudziło ogólne poruszenie na statku, leżąc na swojej koi, przysłuchiwał się odgłosom na pokładzie. Nagle drzwi do jego ciaśniej kajuty otworzyły się i stanął w nich czerwony jak burak Olaf. 
– Człowieku, wyłaź z wyra i chodź na górę. 
Wołodia obdarzył go pytającym spojrzeniem. 
– Nie pytaj, musisz to zobaczyć. 
Nowotny szybko opuścił łóżko, założył rzeczy z poprzedniego dnia i nie zawiązując nawet butów, wybiegł na pokład, na którym zgromadziła się już chyba cała załoga. Nie musiał przeciskać się między ludźmi do samego relingu, by dostrzec to, co wywołało takie poruszenie. Na powierzchni, kilkadziesiąt metrów od nich, unosił się ogromny, stalowy obiekt, statek kosmiczny. Fale wzburzonego morza rozbijały się o jego burty, a on trwał w miejscu nieczuły na ich uderzenia. Ludzie szeptali do siebie, nie bardzo wiedząc, co myśleć. 
– Skąd się wziął? – Wołodia nie odkrywał wzroku od czarnej, lśniącej powierzchni obiektu na wodzie. 
– Wynurzył się chyba w nocy. Udaj miał wachtę, ale zasnął, niczego nie widział. 
– Sam się wynurzył? 
– Wiem o czym myślisz i nie chcę tego sprawdzać. 
– Wołodia – głos kapitana przerwał wysuwanie wniosków, do których z pewnością obaj z Olafem doszliby. Wezwany mężczyzna wyszedł z pośród ciasno zbitej grupki ludzi i podszedł do czarnobrodego kapitana. 
– Twój brat zniknął. 
Wołodia rozchylił usta i zrobił minę, jakby uważał, że Snogov sobie z niego żartuje. 
– Zabrał szalupę i akwalung. 
– Popłynął na statek – Olaf wypowiedział na głos to, o czym myślał Wołodia. – Pazerny, głupi dupek. 
Nowotny obdarzył Norwega karcącym spojrzeniem, ale myślał to samo. Już nie jeden raz musiał ratować brata z opresji. Wołodia podszedł do burty i spojrzał w stronę obiektu. 
– Zaczekajmy, aż wróci – powiedział. 
– Jeśli wróci. – Olaf nie był optymistą. 

Aleksiej opłynął obiekt, na początku wierzył, że nie będzie miał problemu ze znalezieniem miejsca, w którym do środka wpłynęła kamera Olafa, w krotce jednak jego optymizm zderzył się z brutalną rzeczywistością – wejście znajdowało się głęboko pod wodą i gdyby nie nikłe światło wydobywające z wnętrza, mógłby tak pływać aż do świtu, a wtedy raczej nie pozwolono by mu na taką wyprawę. 

Słońce minęło zenit, a Aleksiej nie wracał. Wołodia nie zszedł z pokładu nawet na obiad, z lornetką przy oczach wypatrywał brata. W końcu podjął decyzję, musi ruszyć na poszukiwania. Ludzie z załogi nie byli chętni do pomocy, nic dziwnego, to co unosiło się na wodzie, zionęło przerażającą pustką i innością – bali się tego, co mogli znaleźć w środku, a mogli znaleźć wszystko. 

Wynurzył się w ciemnym jak nicość pomieszczeniu, jeszcze chwilę wcześniej biła z niego słaba światłość, ale zgasła nim dotarł do celu, spłoszywszy ławicę małych srebrzystych rybek. Gdy tylko jego głowa pojawiła się nad powierzchnią, światło znowu rozbłysło. Czujniki ruchu, pomyślał. Woda w pomieszczeniu sięgała mu do kolan, podejrzewał, że to gęstość ściśniętego gazu atmosferycznego nie pozwalała wodzie wedrzeć się dalej. Zdjął płetwy i maskę do nurkowania, ostrożnie nabrał powietrza w płuca, śmierdziało zgnilizną i szczypało w gardło, więc z powrotem włożył ustnik i klamrę na nos, musiał się tak zabezpieczyć, bo odruch oddychania przez nos był zbyt silny. 

System powoli począł tłoczyć w jego żyły stymulanty, serce, do tej pory uderzające raz na minutę, zacznie przyśpieszać. Anestetyki utrzymujące mózg w stanie uśpienia stopniowo przestaną działać i powróci wyłączona dotychczas świadomość. A przynajmniej powinna być wyłączona na czas podróży, by poddany hibernacji nie oszalał. Tym razem jednak wszystko poszło nie tak. 

Przekonanie Olafa i kapitana, że zostawienie Aleksieja bez pomocy jest nieludzkie, a do tego naznaczone znamieniem przestępstwa nie było proste. Zgodzili się na ekspedycję ratunkową tylko i wyłącznie dlatego, że szanowali Wołodię. 
Pięciu ludzi z ledwością mieściło się w niewielkim pontonie napędzanym małym silnikiem. Podskakiwali na falach jak zabawka, mieli jasny cel – zmusić Aleksieja do powrotu choćby siłą. Przybili do idealnie gładkiej powierzchni obiektu, przy jego burcie bujał się swobodnie ponton Aleksieja, aż dziw, że wciąż pozostawał w tym samym miejscu, bo mężczyzna do niczego go nie przywiązywał. 
– Twój brat jest zbytnim optymistą – powiedział Olaf, przywiązując porzucony ponton do ich własnego. Wołodia rozglądał się dookoła. 
– Wiem – odparł w zadumie. – Zawsze był trochę narwany, ale tym razem przesadził. Naraził wszystkich na niebezpieczeństwo, ale to ciągle mój brat. 
– Miło, że zdajesz sobie z tego sprawę, lecz to nie zmienia faktu, że mam ochotę nakopać mu do dupy. 
– Jeśli cię to pocieszy... ja też – powiedział Wołodia i włożywszy ustnik, zanurkował. 

Nie mógł jeszcze otworzyć oczu, ale czuł czyjąś obecność, jak by odbierał ją pozazmysłowo. Ktoś lub coś stał nad nim i przyglądał mu się. Dziwne, że o tym wiedział.

Wynurzyli się w miejscu, które powinno wydawać im się obce i przerażające, jednak tak nie było. Grupa mężczyzn przywykła do przebywania w zamkniętych przestrzeniach na pokładach różnych statków, a architektura tego miejsca nie różniła się aż tak bardzo od tego, co było im znane. Wołodia zdjął maskę i ostrożnie nabrał trochę powietrza w płuca, to był jedyny sposób by sprawdzić, czy tu ogóle można oddychać, bo nie mieli specjalistycznej aparatury. Mężczyzna skrzywił się i założył maskę z powrotem. Na migi pokazał kompanom, że powietrze nie jest zdatne do oddychania. Zapowiadało się na to, że wycieczka po obcym statku nie będzie należała ani do łatwych, ani do przyjemnych. Akwalungi były ciężkie, a okręt ogromny, Wołodia obawiał się, że mogą chodzić tak nawet cały dzień i nie znaleźć Aleksieja, a należało pamiętać o tym, że musieli jeszcze wrócić na powierzchnię, dlatego tak istotne było kontrolowanie stanu napełnienia butli. 

Pierwszy wrócił zmysł słuchu i dźwięk jego własnego oddechu – powolny, systematyczny. Potem rozchylił powieki i odkrył, że nic nie widzi. Zamknął je i czekał. W umyśle wydawał rozkaz swoim palcom, by się zacisnęły, ale nie czuł tego i nie był nawet w stanie zweryfikować własnych przypuszczeń, a podejrzewał, że coś jest nie tak. Znowu rozchylił powieki, gdzieś daleko i wysoko dostrzegł zamglone światełko – czy widzi je naprawdę? Czy to tylko projekcja jego umysłu? Czas już dawno przestał mieć dla niego znaczenie, już dawno przestał dla niego istnieć. 

Aleksiej wszedł do ogromnego pomieszczenia wypełnionego dziwnymi sarkofagami. Chodził od jednego do drugiego i zaglądał do ich wnętrz przez niewielkie wizjery umieszczone na wysokości twarzy. Za każdym razem, gdy zaglądał do wnętrza, klął siarczyście, ale nie było złości w jego głosie lecz radość. Dotarł wreszcie do ostatniego, zaklął jeszcze raz, po czym odwróciwszy się, objął wzrokiem kilkadziesiąt obejrzanych przez siebie kapsuł. Było ich tyle, że będzie mógł je sprzedać każdemu chętnemu na posiadanie mumii kosmity. Mężczyzna czuł wzbierającą w nim radość, to było jak sen, sen o bogactwie i sławie wielkiego odkrywcy. Zastanawiał się, co jeszcze może tu znaleźć, jakie artefakty, wynalazki i bogactwa może zawierać ten okręt? Uradowany pomaszerował dalej, do tej pory szło jak po maśle, drzwi same się przed nim otwierały jakby zapraszając go do eksploracji. Aleksiej czuł się jak w supermarkecie, brakowało mu tylko wózka, do którego mógłby pakować zakupy. 
– No, otwierajcie się – przemówił do wrót, przed którymi stał, ale mimo rozkazu pozostały zamknięte. Mężczyzna cofnął się kilka kroków i podszedł do drzwi ponownie, miał nadzieję, że to tylko wina czujnika ruchu. Może za szybko podszedł i ten nie zdążył go zarejestrować? Niestety nie podziałało. Cofnął się, drzwi były gładkie, stalowe, beż żadnych udziwnień, wzorów czy innego badziewia, którym Hollywood karmi młode, żądne science fiction umysły. Prostota, wszędzie panowała prostota i minimalizm formy – tylko to, co niezbędne.
Odrętwienie mijało stopniowo, najpierw twarz, potem ręce, a na końcu nogi. Gdy mógł już zacisnąć pięści począł robić to bezustannie, rozgrzewając przynajmniej te mięśnie, które były odpowiedzialne za zaciskanie palców. Zimno i głód były odczuciami tak odległymi, że aż surrealistycznymi. Nie pamiętał już, jak to jest czuć cokolwiek. Z trudem uniósł się na łokciu, zamazany świat zawirował tak mocno, że musiał znowu się położyć.  

– Mogliśmy zabrać broń – szepnął idący na końcu grupy marynarz, wyjąwszy ustnik, by móc to zrobić. Cisza go przerażała, ale i tak bał się ją zakłócić dźwiękiem głośniejszym niż szept.
Wołodia odwrócił się i spojrzał wymownie na marynarza, miał wielką ochotę na odrobinę ironii: „pod wodę” cisnęło mu się na usta. Szli zwartą grupą, trasą, którą z pewnością podążał również Aleksiej. Zresztą, nie było innej drogi, boczne pomieszczenia, okazywały się zawsze ślepe, bez wyjścia, więc szli naprzód. Niczego nie oglądali i nie dotykali, blade światełka nie rozpraszały pełni mroku, Wołodia począł się zastanawiać, czy statek funkcjonuje w jakimś trybie awaryjnym, czy taki mrok panuje tu zawsze, a jeżeli tak, to jakie istoty mogły się w nim kryć.

– Kapitanie! Wywołują nas! – krzyknął bosman, wystawiwszy głowę przez okno na zewnątrz sterowni. Kapitan statku, czarnobrody Siergiej Snogov, stał na pokładzie i wpatrywał się w monstrualny obiekt unoszący się na wodzie.
– Kapitanie! – ponaglił go bosman. Snogov naciągnął czapkę na uszy, wyrzucił niedopałek papierosa za burtę i poszedł do sterowni.
– Kto, na Boga?! – ryknął na podwładnego.
– Oni – pierwszy wskazał na przeciwległe okno, za nim, na horyzoncie, majaczyła flotylla statków marynarki wojennej.
– Nasi? – zapytał kapitan.
– Nasi – potwierdził bosman.

Kapitan statku badawczego czuł się jak dziecko w gabinecie dyrektora, w którym wylądowało po wyjątkowo brzydkim kawale spłatanym nauczycielowi. 
– Jak pan mógł na to przystać? Przecież to czyste szaleństwo. Należało przede wszystkim zawiadomić władze. Zrobił pan to? – Wzrok komandora Rosyjskiej Marynarki Wojennej świdrował kapitana.
– Nie – wyburczał przesłuchiwany mężczyzna, siedział naprzeciw komandora w pomieszczeniu bez okien i zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mu dane oglądać błękit nieba, a zważywszy na to, dlaczego znalazł się tym miejscu, mocno w to wątpił.
– Nie – komandor powtórzył za nim wyjątkowo spokojnym tonem. – I uważa pan, że postąpił mądrze, pozwalając niedoświadczonym ludziom zejść pod pokład tego... czegoś? Bez sprzętu, bez broni?
– Znali zagrożenie...
– To pana nie usprawiedliwia! W ogóle nie powinno was tu być, w tym rejonie panuje całkowity zakaz pływania.
– Wiedzieliście? – Snogov spojrzał uważnie w twarz rozmawiającego z nim człowieka, rysy komandora były ostre, a skóra na twarzy jakby naciągnięta przez wiatr, mężczyzna poprawił leżącą na stole obok czapkę i odchrząknąwszy, powiedział:
– Nie, nie wiedzieliśmy, że TO tu jest. Zresztą to nie pańska sprawa, powinien się pan cieszyć, że żyje. Zaraz pan i pańska załoga zostaniecie odeskortowani do najbliższego portu.
– A moi ludzie?
– Odnajdziemy ich, proszę się nie martwieć.

Aleksiej zaczynał wpadać w panikę, drzwi, którymi się tu dostał, też nie chciały się otworzyć, mimo że przechodził obok nich wiele razy, cofał się, podchodził i podskakiwał. Nie rozumiał, dlaczego przedtem zadziałały, a teraz pochwyciły go w pułapkę. W końcu zaczął myśleć, że może to nie czujniki ruchu otwierały przed nim kolejne przejścia, ale jakaś niepojęta,  żywa, kosmiczna siła. Mężczyzna zaczynał się dusić.

Zimno podłogi trochę go orzeźwiło, stąpał cicho, choć nie starał się ukryć swojej obecności, to był jego okręt, dowodził nim od lat. Prawie dwumetrowy Yautja przemierzył korytarz dzielący sekcję hibernacyjną załogi od mostka, komputer prześwietlił go i na podstawie unikalnych cech budowy wewnętrznej, udzielił mu prawa do wejścia. Yautja zażądał dostępu do wyników testów sprawności okrętu, które komputer wykonał tuż po restarcie. Wyniki sprawiły, że warknął niezadowolony. 

Coś przebiegło na granicy dostrzegalności.

Yautja odwrócił się błyskawicznie wraz z fotelem, w którym zasiadał. Przez chwilę mrużył oczy, próbując rozpoznać zamazany kształt, zamrugał kilkakrotnie i obraz zniknął. Yutja znowu warknął, coś było nie tak. Znowu spojrzał na monitor, w sekcji więziennej komputer wskazywał ruch, dziwne zważywszy na to, że raport mówił o tym, że wszyscy więźniowie zostali odłączeni. Nie przypominał sobie, by kazał wdrożyć taki protokół, dlaczego więc ktoś odłączył więźniów od systemu podtrzymującego życie? Nie wiedział. 
Podniósł się, podszedł do podręcznej szafki i wydobył z niej broń: niewielki ręczny miotacz i długi nóż. To, co znajdowało się w statku, mogło być niebezpieczne, ale skanery wskazywały, że nie było uzbrojone, przynajmniej nie tak, by stanowić dla niego zagrożenie. Dlatego uznał, że nie ma sensu udawać się do zbrojowni. 

Grupa ratunkowa była coraz bliżej uwięzionego Aleksieja, chociaż nikt z jej członków nie zdawał sobie z tego sprawy, tak jak nie zdawali sobie sprawy z tego, co działo się na zewnątrz. Nieubłaganie zbliżali się do zamkniętych wrót.

Szedł pewnie, zaciskając dłoń na broni, kolejne grodzie otwierały się przed nim i zamykały, gdy przekroczył ich próg. Stalowa konstrukcja statku nie tłumiła odgłosu jego kroków, pomimo że szedł boso, dudniły, odbijając się echem od ścian. Ostatnia brama rozsunęła się cicho i ujrzał wrota do sekcji więziennej.

Aleksiej przyłożył rozpalone czoło do chłodnej stali, zdawało mu się, że słyszy kroki, powolne, ale systematycznie zbliżające się w jego stronę. Odsunął się kilka kroków, potem jeszcze kilka, a gdy zaczął rozważać, gdzie mógłby się ukryć, wrota otworzyły się i stanęła przed niem jedna z tych istot, których szczątki znalazł w tym pomieszczeniu. Obcy warknął niezadowolony, wyciągnął dłoń, w której trzymał coś, co wyglądało jak pistolet i wystrzelił. Kula błękitnego światła poszybowała gdzieś w górę, zdezorientowany Aleksiej rzucił się pędem do ucieczki, byle dalej, byle szybciej. Zapomniał, że z tyłu wyjście jest zamknięte. Był już prawie przed nim, gdy kolejna kula błękitnego światła przeleciała tuż obok niego i wypaliła sporą dziurę w podłodze. Zdezorientowany człowiek odskoczył na bok. Akwalung ciążył mu już od dawna, a teraz zdawał się ważyć tonę. Obcy stał na początku pomieszczenia i mierzył w sufit. 
– Aleks! – głos Wołodii był donośny i wyraźny, a mimo to nie wywołał u zawołanego mężczyzny żadnej reakcji. – Aleks, ty nieodpowiedzialny, egoistyczny, lekkomyślny... Co to jest? – Mężczyzna wskazał obcego. Wystrzał powstrzymał Aleksieja przed odpowiedzią, złapał brata za ramię i pociągnął w kierunku otwartych drzwi, w których prześwicie stał jeden z marynarzy. Biegli w miarę możliwości na tyle szybko, na ile pozwalały im ciężkie butle z tlenem. Aleks ledwo nadążał za resztą, był tu znacznie dłużej i mieszanka w jego akwalungu kończyła się. Wołodia dostrzegł, że brat zwolnił, zatrzymał grupę.
– Trochę przesadziłem – wysapał Aleks. – Przepraszam.
Wołodia sprawdził poziom tlenu w butli brata. Wyjął swój ustnik i podał mu go. 
– Kolejny raz muszę ratować ci tyłek.
Aleksiej nabrał powietrza.
– Ale tak jeszcze nie było – nieudolnie zażartował. 
Ruszyli dalej, co jakiś czas przekazując sobie ustnik.

Podejrzewał, że to, co go dręczyło, te dziwne zamazane kształty pojawiające się i znikające  nim zdążył im się przyjrzeć, były jakimś błędem na poziomie neuronowych przekaźników. Wiedział, że powinien się zbadać, lecz nie miał na to teraz czasu, musiał sprawdzić, którędy do statku dostały się te żałosne i słabe istoty. Zatrzymał się przed wyjściem, komputer znowu zeskanował jego ciało i drzwi natychmiast się otworzyły. Poszedł w ślad za uciekinierami.

Byli już prawie na miejscu, jeszcze tylko jedna komora dzieliła ich od  wyjścia. Wołodia podtrzymywał Aleksa, dzielił się z nim zawartością swojej butli i szedł za resztą zespołu. Zajęty swoim bratem, nie dostrzegł nagłego zatrzymania się grupy i rąk uniesionych do góry. 
– Na ziemię! –  usłyszał rozkaz, wydobywający się z głośnika. Mężczyźni przed nim uklęki, odsłaniając grupę uzbrojonych ludzi. Wołodia wodził wzrokiem po zielonych strojach płetwonurków, lekkich butlach i maskach, jakich jeszcze nie wiedział.
– Na ziemię! – powtórzył się rozkaz, tym razem poprzedzony szczękiem przeładowanego zamka karabinu. Wołodia puścił Aleksieja i obaj opadli na kolana. W tym momencie nikłe światło zgasło, zapanowała ciemność i przeraźliwa cisza. Przerwało ją dziwne klikanie, które Wołodii skojarzyło się z dźwiękiem, jaki mogły wydawać dinozaury. Potem na karabinach zabłysły latarki, a ciszę zakłócił huk wystrzałów. Błękitne światło krzyżowało się z jasnymi, przerywanymi błyskami, a ryk bestii zagłuszał ludzki krzyk. Wołodia pociągnął brata za ramię i wskazując mu jaśniejszą plamę wody, z której sączył się nikły blask słonecznego światła, począł pełznąć w tamtą stronę. Tuż obok upadło ciało pozbawione głowy, Wołodia dostrzegł to tylko dlatego, że upadło akurat w miejscu, na które padało światło latarki z karabinu. Mężczyzna poczuł jakby stalowa obręcz zaciskała mu się na piersi, nie mógł oddychać, panika udzieliła się wszystkim. Pełzli do wody tak szybko, jak tylko mogli, obijali kolana i łokcie o twardą podłogę, a gdy zimna toń zamknęła się nad nimi popłynęli ku światłu.

Strzelał, ciął i szarpał, aż granatowa podłoga pokryła się pomarańczową, jasną plamą z ciepłej i lepkiej krwi oraz ciałami ofiar. Oddychał szybko, zabił wszystkich, ale musiał się jeszcze upewnić, upewnić, że jego pobyt tutaj pozostanie tajemnicą. Zaczerpnął tchu i zanurzył się. Płynął szybko, nad sobą widział już powierzchnię. Wynurzył się pomału, nie jak ktoś, kto pragnie zaczerpnąć tchu, ale jak wodny drapieżnik wypatrujący ofiary. Wokół kłębiło się od ludzi, byli na pontonach, łodziach i w powietrzu w latających okrętach. Yautja zanurkował, miał tylko jedno wyjście – musiał wyrównać szanse, musiał się uzbroić, a potem zabić tylu, ilu zdoła.